W oczekiwaniu na odpowiedź Erika, spojrzał raz jeszcze w stronę strefy dla VIPów, dostrzegając zasiadających w tym momencie starszego brata z żoną i matkę w towarzystwie swojego męża. Wysyłając wszystkie imienne zaproszenia, nie mógł zapomnieć o swojej rodzinie. Obecność brata i jego żony była mile widziana, tak samo jak matki. Jeśli chodzi o ojca to liczył na to, aby on w tym dniu miał zbyt dużo na głowie aby zasiąść na widowni. Musiał się jednak przygotować na tę mniej korzystną dla siebie ewentualność, jaką była obecność swojego ojca, z którym łączyły go napięte stosunki. Nie mógł pozwolić na to, aby to na niego wpłynęło przed pojedynkiem, który zamierzał wygrać. Istotnym elementem była pewność siebie. Przede wszystkim zrobi to dla siebie i dla swojej reputacji.
— Dlatego chciałbym Cię prosić abyś miał oczy dookoła głowy. Jesteś przedstawicielem prawa. — W myśl zasady przezorny zawsze ubezpieczony zwrócił się do tego mężczyzny z taką prośbą. Któż lepiej będzie zwracać uwagę na tego typu czyny, niż Brygadzista? Longbottomowie przeważnie uchodzili za prawych aż do bólu i nieprzekupnych, co w takich sytuacjach jak ta mogłoby się okazać na wagę złota. — Jestem tego samego zdania. Trzeba liczyć na jego zdrowy rozsądek. — Philip dobrze wiedział że oczekiwania odnośnie respektowania zasad honorowego pojedynku to jedno, a rzeczywistość to drugie... przegranej jednej ze stron towarzyszyły nieraz tak silne emocje, jak po odniesionym zwycięstwu i to one mogły popchnąć Lestrange'a ku dopuszczeniu się napaści na niego. Jakaś jego część chętnie widziałaby tego czarodzieja wyprowadzonego przez przedstawicieli władz. To byłby materiał na drugą stronę Proroka.
— Nie najgorzej sobie radzę z zaklęciami pojedynkowymi, jeśli o to chodzi. — Odniósł się do sugestii swojego sekundanta, dotykając w momencie potylicy dłonią. Porady będą mile widziane, tym bardziej, że jego sekundant stoczył niejeden pojedynek z prawdziwym przeciwnikiem, a w tych jak wiadomo nie obowiązują żadne zasady. — Dlatego będę go atakować i używać zaklęć ochronnych. Tego oczekują również zasiadający na widowni czarodzieje. — Jak to mówią, najlepszą obroną był atak. Samymi próbami unikania swoich zaklęć nie stworzą też widowiska, na jakie wszyscy zgromadzeni tutaj liczyli.
— Masz rację, nie jest. Grałeś w szkolnej drużynie? Obstawiałbym obrońcę albo pałkarza. Ja to mam co mecz Quidditcha, bo tak się składa, że szukających starają się najszybciej wyeliminować z gry. — Po przyznaniu racji Erikowi postanowił zadać mu pytanie odnośnie grania w Quidditcha w czasach szkolnych. Patrząc na dość sporą różnicę wzrostu między nimi to miał podstawy sądzić, że Longbottom musiał być albo pałkarzem albo obrońcą. Takiego wielkoluda nie wzięliby do gry na pozycji szukającego. Wykluczenie z gry szukającego dawało drużynie rywali otwartą drogę do złapania znicza i tym samym często wygrania meczu. Spojrzał raz jeszcze w stronę swojego rywala, dostrzegając w jego otoczeniu Laurenta w towarzystwie damy, o której wspomniał mu w liście, i swojego fana, Stanleya. Podniósł do ust trzymany w dłoni kieliszek szampana.
Odwracając spojrzenie, dostrzegł zmierzającego ku nim mężczyznę w garniturze w kolorze ciemnego burgundu. Skoro do nich już podszedł to postanowił przerwać na moment jakże interesującą rozmowę ze swoim sekundantem i włączyć do niej swojego przyjaciela.
— Eriku, pozwól że przedstawię Ci swojego przyjaciela, Bellamy'ego Duponta. Bell, poznaj Erika Longbottoma, który zgodził się pełnić rolę mojego sekundanta podczas tego pojedynku. — Postanowił ich sobie przedstawić. Bellamy'ego znał już od dwóch lat i to sprawiało, że postanowił zaprosić go na ten pojedynek gwarantując mu tym samym miejsce na loży honorowej pośród śmietanki towarzyskiej magicznego Londynu.
— Nie mylisz się przyjacielu, zamierzam go wygrać. — Odparł z pewnością w głosie i szelmowskim uśmiechem na ustach.