23.09.2023, 00:46 ✶
Nie chciała, żeby Neville znalazł Maddie razem z nią, jeżeli ta krążyła gdzieś, gdzie nie powinna. Wiedziała, że nie będzie krzyczał – na statku zbyt trudno było o prywatność, aby pozwolił sobie na coś takiego – ale będzie po prostu… patrzył. Mówił tym specyficznym tonem, niby normalnym, ale w którym tkwiło coś więcej, zwłaszcza w połączeniu z doborem słów. I patrzył na nią w taki sposób, w jaki patrzył teraz na Brennę, zwężając oczy.
Gdy tak spoglądał, czasem myślała, że ją uderzy. Ale nigdy tego nie zrobił. Może powinna się z tego cieszyć, nie mogła jednak oprzeć się myśli, że po prostu nie chciałby, aby ktokolwiek zobaczył siniaki. Już niedługo, obiecała sobie, myśląc o powieści, o naszyjniku z pereł i o nowym życiu, które niedługo zaczną z córeczką gdzieś pod Londynem.
– Jak uważasz, Neville – ustąpiła na razie, tłumiąc westchnienie. Jeżeli upierałaby się przy swoim, tylko zdenerwowałaby go jeszcze bardziej. Zerknęła jednak na niego zaraz z pewnym zaskoczeniem, bo… odpowiedział jej – naprawdę jej odpowiedział, i to wytrąciło ją z równowagi do tego stopnia, że omal się nie potknęła. Chciała mu odpowiedzieć, nagle z jednej strony zbita tym z tropu, z drugiej zaniepokojona na myśl o Maddie, uwięzionej w ciemnościach… ale spojrzała odruchowo w dół i przystanęła, spoglądając na schody.
Zamrugała.
Były mokre i śliskie, i wyglądały, jakby miały się pod nią zapaść…
Może za mało spała.
Zamrugała, raz, drugi, ale widziała znowu tylko dywan, i bogato rzeźbioną balustradę. Coś wzdrygało się w niej przed wejściem na te stopnie i może nawet by tego nie zrobiła, gdyby Neville nie był tuż za jej plecami, ale w tej chwili zrobiła to, położyła dłoń na poręczy i powoli ruszyła w dół. Nie zwróciła większej uwagi na wychodzących z kajuty mężczyzn, chociaż w innych okolicznościach Mark na pewno ściągnąłby jej spojrzenie – on przynajmniej zdawał się patrzeć na nią, nie na bransoletki, jakie nosiła – ale w tej chwili skupiała wzrok na stopniach, a myśli błądziły wokół Maddie. Chciała ją znaleźć i upewnić się, że nic jej nie jest... miała jakieś nieprzyjemne przeczucia, może z powodu tej awarii.
Gdy tak spoglądał, czasem myślała, że ją uderzy. Ale nigdy tego nie zrobił. Może powinna się z tego cieszyć, nie mogła jednak oprzeć się myśli, że po prostu nie chciałby, aby ktokolwiek zobaczył siniaki. Już niedługo, obiecała sobie, myśląc o powieści, o naszyjniku z pereł i o nowym życiu, które niedługo zaczną z córeczką gdzieś pod Londynem.
– Jak uważasz, Neville – ustąpiła na razie, tłumiąc westchnienie. Jeżeli upierałaby się przy swoim, tylko zdenerwowałaby go jeszcze bardziej. Zerknęła jednak na niego zaraz z pewnym zaskoczeniem, bo… odpowiedział jej – naprawdę jej odpowiedział, i to wytrąciło ją z równowagi do tego stopnia, że omal się nie potknęła. Chciała mu odpowiedzieć, nagle z jednej strony zbita tym z tropu, z drugiej zaniepokojona na myśl o Maddie, uwięzionej w ciemnościach… ale spojrzała odruchowo w dół i przystanęła, spoglądając na schody.
Zamrugała.
Były mokre i śliskie, i wyglądały, jakby miały się pod nią zapaść…
Może za mało spała.
Zamrugała, raz, drugi, ale widziała znowu tylko dywan, i bogato rzeźbioną balustradę. Coś wzdrygało się w niej przed wejściem na te stopnie i może nawet by tego nie zrobiła, gdyby Neville nie był tuż za jej plecami, ale w tej chwili zrobiła to, położyła dłoń na poręczy i powoli ruszyła w dół. Nie zwróciła większej uwagi na wychodzących z kajuty mężczyzn, chociaż w innych okolicznościach Mark na pewno ściągnąłby jej spojrzenie – on przynajmniej zdawał się patrzeć na nią, nie na bransoletki, jakie nosiła – ale w tej chwili skupiała wzrok na stopniach, a myśli błądziły wokół Maddie. Chciała ją znaleźć i upewnić się, że nic jej nie jest... miała jakieś nieprzyjemne przeczucia, może z powodu tej awarii.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.