23.09.2023, 00:58 ✶
Patrick kiwnął głową. Miał napiętą twarz, tym razem nie ze zmęczenia lub irytacji, ale ze strachu. Z tego prymitywnego, prostego strachu, który sprawiał, że jego ruchy stały się mechaniczne i ciężkie, prawie jakby walczył z zaklęciem petryfikującym, choć tak naprawdę żadnego zaklęcia nikt na niego rzucił.
To tylko on sam rzucił. Wiele lat wcześniej, gdy jako dzieciak wszedł do gabinetu wuja i przeczytał list, którego nigdy nie powinien przeczytać. Z wahaniem podszedł do Florence a potem wyciągnął w jej stronę rękę. Pamiętał o tym jaki jest zimny, że dotykanie go przypomina w tym momencie dotykanie trupa, ale potrzebował jej namacalnej obecności. Bliskości, która sprawi, że będzie mógł uwierzyć, że od niego nie ucieknie. Nie odbiegnie z krzykiem – choć tak naprawdę wcale nie wierzył, by mogła to zrobić. Florence Bulstrode nie biegała przez takie bzdury jak tkwiący w cudzej głowie duch. Biegnąć mogła najwyżej do rannych pacjentów lub do członków własnej rodziny, gdy chciała im pomóc.
- Usiądź obok mnie na łóżku – poprosił. – A najlepiej, to po prostu połóż się obok mnie. Będzie leżał między nami koc – zapewnił, chyba nie do końca myśląc o tym jak brzmiały jego słowa. Bo nie chodziło o to, by zapewnić ją, że nie zamierzał się do niej dobierać – był w takim stanie, że nawet o tym pomyślał, ale nawet gdyby był w dobrym stanie to nigdy nie próbowałby zmusić kobiety do pójścia ze sobą do łóżka. Próbował tylko zapewnić ją, że nie będzie musiała czuć jego trupiej skóry na swoim ciele.
- Moi rodzice byli zwolennikami Grinewalda – powiedział cicho, tak cicho, jakby się bał, że gdy powie te słowa głośno, one jakoś wybuchną i obrócą się przeciwko niemu. – Zginęli w obławie aurorskiej. Byłem zupełnie mały – przyznał się, z zawstydzeniem. – Wychowali mnie dziadkowie. I wuj. To on sprowadził mnie z Francji i tylko dzięki niemu nie wylądowałem w paryskim sierocińcu – gdy wspominał wuja i dziadków, jego głos stawał się miększy, bardziej pewny siebie, czuć w nim było przywiązanie, które czuł do tych ludzi. – W domu nigdy się o nich nie rozmawiało. Wuj unika tematu do dzisiaj. Dziadek udaje, że nie miał córki. Ale babcia… - uśmiechnął się gorzko do własnych myśli. – Babcia zawsze powtarzała mi, że mnie kochali i, że byli dobrymi ludźmi. A ja chciałem jej wierzyć – zamrugał, przypominając sobie jak starsza kobieta piekła placek z truskawkami a gdy go jadł, wspominała z zachwytem, że jej córka (jego matka) uwielbiała ten placek. – Prowadziła mnie co roku podczas Ostary na cmentarz. Składaliśmy tam lilie i… - wzruszył ramionami.
To były dobre, ciepłe wspomnienia. Patrickowi łatwiej było mówić o miłości babci, o tym że wbrew dziadkowi idealizowała zmarłą córkę. Łatwo było wierzyć babci, gdy nikt nie próbował pokazywać mu, kim naprawdę byli jego rodzice.
- A kiedy byliśmy w limbo, na spotkanie nam wyszły osoby, które były z nami związane – dodał po paru sekundach przedłużającej się ciszy. – Nie wiem kogo widzieli pozostali, to nie ma znaczenia. Ale do mnie przyszedł ojciec. I okazało się, że po śmierci nadal… - nabrał głośniej i głębiej powietrza do płuc. Powiedzenie tego naprawdę dużo go kosztowało. – Okazało się, że po śmierci nadal jest wyznawcą Grinewalda. Myślałem, że chciał bym wszedł razem z nim do kotła dusz – czy jak to się właściwie nazywało. Patrick nie był nekromantą i dotychczas nie miał wielkich styczności z limbo. Nie miał nawet pojęcia, czy dobrze rozumie to, na co wtedy patrzył. – Ale okazało się, że się myliłem. On chyba nie zachęcał mnie do wejścia razem z nim, tylko szykował się by wniknąć do mojej głowy.
Przełknął głośno ślinę. Myśl o tym, że ojciec naprawdę to zrobił, że ciągle siedział w jego umyśle była straszna. Steward nie miał nawet pojęcia, jak mógłby go stamtąd pogonić.
- Są takie chwile, zupełnie ich nie kontroluję, kiedy nagle przed oczami stają mi wspomnienia ojca – wyjaśnił. – Są różne. Niektóre mogłyby być kompletnie moje, ale inne… inne… - uśmiechnął się gorzko, choć tak naprawdę wcale nie było mu do śmiechu. – Ale inne są straszne.
To tylko on sam rzucił. Wiele lat wcześniej, gdy jako dzieciak wszedł do gabinetu wuja i przeczytał list, którego nigdy nie powinien przeczytać. Z wahaniem podszedł do Florence a potem wyciągnął w jej stronę rękę. Pamiętał o tym jaki jest zimny, że dotykanie go przypomina w tym momencie dotykanie trupa, ale potrzebował jej namacalnej obecności. Bliskości, która sprawi, że będzie mógł uwierzyć, że od niego nie ucieknie. Nie odbiegnie z krzykiem – choć tak naprawdę wcale nie wierzył, by mogła to zrobić. Florence Bulstrode nie biegała przez takie bzdury jak tkwiący w cudzej głowie duch. Biegnąć mogła najwyżej do rannych pacjentów lub do członków własnej rodziny, gdy chciała im pomóc.
- Usiądź obok mnie na łóżku – poprosił. – A najlepiej, to po prostu połóż się obok mnie. Będzie leżał między nami koc – zapewnił, chyba nie do końca myśląc o tym jak brzmiały jego słowa. Bo nie chodziło o to, by zapewnić ją, że nie zamierzał się do niej dobierać – był w takim stanie, że nawet o tym pomyślał, ale nawet gdyby był w dobrym stanie to nigdy nie próbowałby zmusić kobiety do pójścia ze sobą do łóżka. Próbował tylko zapewnić ją, że nie będzie musiała czuć jego trupiej skóry na swoim ciele.
- Moi rodzice byli zwolennikami Grinewalda – powiedział cicho, tak cicho, jakby się bał, że gdy powie te słowa głośno, one jakoś wybuchną i obrócą się przeciwko niemu. – Zginęli w obławie aurorskiej. Byłem zupełnie mały – przyznał się, z zawstydzeniem. – Wychowali mnie dziadkowie. I wuj. To on sprowadził mnie z Francji i tylko dzięki niemu nie wylądowałem w paryskim sierocińcu – gdy wspominał wuja i dziadków, jego głos stawał się miększy, bardziej pewny siebie, czuć w nim było przywiązanie, które czuł do tych ludzi. – W domu nigdy się o nich nie rozmawiało. Wuj unika tematu do dzisiaj. Dziadek udaje, że nie miał córki. Ale babcia… - uśmiechnął się gorzko do własnych myśli. – Babcia zawsze powtarzała mi, że mnie kochali i, że byli dobrymi ludźmi. A ja chciałem jej wierzyć – zamrugał, przypominając sobie jak starsza kobieta piekła placek z truskawkami a gdy go jadł, wspominała z zachwytem, że jej córka (jego matka) uwielbiała ten placek. – Prowadziła mnie co roku podczas Ostary na cmentarz. Składaliśmy tam lilie i… - wzruszył ramionami.
To były dobre, ciepłe wspomnienia. Patrickowi łatwiej było mówić o miłości babci, o tym że wbrew dziadkowi idealizowała zmarłą córkę. Łatwo było wierzyć babci, gdy nikt nie próbował pokazywać mu, kim naprawdę byli jego rodzice.
- A kiedy byliśmy w limbo, na spotkanie nam wyszły osoby, które były z nami związane – dodał po paru sekundach przedłużającej się ciszy. – Nie wiem kogo widzieli pozostali, to nie ma znaczenia. Ale do mnie przyszedł ojciec. I okazało się, że po śmierci nadal… - nabrał głośniej i głębiej powietrza do płuc. Powiedzenie tego naprawdę dużo go kosztowało. – Okazało się, że po śmierci nadal jest wyznawcą Grinewalda. Myślałem, że chciał bym wszedł razem z nim do kotła dusz – czy jak to się właściwie nazywało. Patrick nie był nekromantą i dotychczas nie miał wielkich styczności z limbo. Nie miał nawet pojęcia, czy dobrze rozumie to, na co wtedy patrzył. – Ale okazało się, że się myliłem. On chyba nie zachęcał mnie do wejścia razem z nim, tylko szykował się by wniknąć do mojej głowy.
Przełknął głośno ślinę. Myśl o tym, że ojciec naprawdę to zrobił, że ciągle siedział w jego umyśle była straszna. Steward nie miał nawet pojęcia, jak mógłby go stamtąd pogonić.
- Są takie chwile, zupełnie ich nie kontroluję, kiedy nagle przed oczami stają mi wspomnienia ojca – wyjaśnił. – Są różne. Niektóre mogłyby być kompletnie moje, ale inne… inne… - uśmiechnął się gorzko, choć tak naprawdę wcale nie było mu do śmiechu. – Ale inne są straszne.