23.09.2023, 01:40 ✶
- Hmm, no nie wiem - potarł brodę, zastanawiając się przez chwilę. - A co powiesz na to? Brenno Longbottom, czy w takim razie zrobisz mi ten zaszczyt i nie pojawisz sie na pojedynku Louvaina Lestrange i Philipa Notta? - uśmiechnął się do niej niewinnie. Widział jednak co czuła i jak bardzo nie chciała pojawiać się na całym wydarzeniu. I jakikolwiek nie był ku temu powód, przecież nie mógł jej do tego zmusić, ani też nie miał zamiaru błagać o jej uwagę i obecność. Mógł to jednak obrócić w zupełnie inną głupotkę, prawda?
- Rozwiazanie jest proste, nie denerwuj mamy - zacmokał z dezaprobatą, jakby to miało być takie proste. Sam garnął się do aprobaty ze strony rodziców i nie lubił się z nimi kłócić, te sytuacje uznając za jedne z najbardziej nieprzyjemnych, ale jeszcze nie osiągał takich poziomów, jak zdawała sie Brenna. Z resztą... jego matka miała tendencję do robienia z kłótni okazji do zakładów i rozwiązywania ich dość losowo.
- Ktoś musi, skoro z taką zaciętością go odrzucasz - parsknął, a jego twarz zaraz zniknęła pod posłaną mu poduszką. Nie, żeby się tego nie spodziewał w tej sytuacji, nie kiedy specjalnie ją prowokował. Złapał za poszewkę na momen przyciskając do siebie całą poduchę i chowając wreszcie zapalniczkę do kieszeni. Potem wstał i przesunął się bliżej głowy łóżka. Ugniótł poduszkę, by przywrócić jej pełną puszystość i machnął na kobietę głową, żeby się uniosła. Wyciągnął rękę, by nieco jej pomóc, biorąc pod uwagę że wciąż była poraniona, wspierając ją na wysokości łopatek, kiedy drugą ręką wsunął jej poduszkę pod plecy.
- No dobra, niech będzie. Żadnych listów - zgodził się, niby to boleściwie, dla podkreślenia efektu. - Ale jeśli sam do mnie napisze, to już nie moja wina - uniósł jeszcze dłonie ku górze, w obronnym geście, a potem wsunął je do kieszeni spodni i uśmiechnął się do niej znowu, już i wiele bardziej delikatnie.
- Cóż, mam nadzieję, że nie nakrzyczysz na niego za bardzo. W każdym razie, jak zaraz nie zapalę to szczeznę, więc będę się zbierać. Zanim zrobisz znowu coś głupiego, to przynajmniej pozwól, żeby ci się te wszystkie rany pogoiły. - mimowolnie spojrzał na siniak, który znajdował się na jej szyi, a który nieśmiało wystawał spod jej piżamy. - Dbaj o siebie Brenna, mówię serio. - rzucił nieco ciszej i nieco poważniej i jeśli nie mieli już sobie nic ważnego do powiedzenia to wyszedł z jej pokoju, ruszając korytarzem do wyjścia ze szpitala.
- Rozwiazanie jest proste, nie denerwuj mamy - zacmokał z dezaprobatą, jakby to miało być takie proste. Sam garnął się do aprobaty ze strony rodziców i nie lubił się z nimi kłócić, te sytuacje uznając za jedne z najbardziej nieprzyjemnych, ale jeszcze nie osiągał takich poziomów, jak zdawała sie Brenna. Z resztą... jego matka miała tendencję do robienia z kłótni okazji do zakładów i rozwiązywania ich dość losowo.
- Ktoś musi, skoro z taką zaciętością go odrzucasz - parsknął, a jego twarz zaraz zniknęła pod posłaną mu poduszką. Nie, żeby się tego nie spodziewał w tej sytuacji, nie kiedy specjalnie ją prowokował. Złapał za poszewkę na momen przyciskając do siebie całą poduchę i chowając wreszcie zapalniczkę do kieszeni. Potem wstał i przesunął się bliżej głowy łóżka. Ugniótł poduszkę, by przywrócić jej pełną puszystość i machnął na kobietę głową, żeby się uniosła. Wyciągnął rękę, by nieco jej pomóc, biorąc pod uwagę że wciąż była poraniona, wspierając ją na wysokości łopatek, kiedy drugą ręką wsunął jej poduszkę pod plecy.
- No dobra, niech będzie. Żadnych listów - zgodził się, niby to boleściwie, dla podkreślenia efektu. - Ale jeśli sam do mnie napisze, to już nie moja wina - uniósł jeszcze dłonie ku górze, w obronnym geście, a potem wsunął je do kieszeni spodni i uśmiechnął się do niej znowu, już i wiele bardziej delikatnie.
- Cóż, mam nadzieję, że nie nakrzyczysz na niego za bardzo. W każdym razie, jak zaraz nie zapalę to szczeznę, więc będę się zbierać. Zanim zrobisz znowu coś głupiego, to przynajmniej pozwól, żeby ci się te wszystkie rany pogoiły. - mimowolnie spojrzał na siniak, który znajdował się na jej szyi, a który nieśmiało wystawał spod jej piżamy. - Dbaj o siebie Brenna, mówię serio. - rzucił nieco ciszej i nieco poważniej i jeśli nie mieli już sobie nic ważnego do powiedzenia to wyszedł z jej pokoju, ruszając korytarzem do wyjścia ze szpitala.