Ururu rzadko kiedy komentował zachowanie innych ludzi. Wierzył, że sami zdają sobie sprawę z nieudanej akcji i nie trzeba żadnego werbalnego podsumowania. Bardzo często tak nie było, szczególnie biorąc pod uwagę wysublimowane wartości Marqueza względem tego, jakie zachowanie jest dobre, a jakie nie.
Mendora nie pociągnęła wątku o pająkach, ale któż by chciał. Czasem ktoś z grzeczności komplementował wiedzę Ururu, na co sam nie potrafił adekwatnie zareagować. W tym przypadku o wiele interesującą sprawą było wyjście z lasu. W wolnym, zmiennym tempie, dotarli w końcu do końca.
Wnyki znalazły swoje miejsce na stosie śmieci wyniesionych z Kniei, zaś czarodzieje otrzymali słowa podziękowania za działanie na rzecz społeczeństwa i środowiska. Ururu nie przejął się tym za bardzo. Przybył tu z innego powodu. Był ciekawy, co zobaczy na miejscu. Trochę się zawiódł, a co gorsza, skończył z paskudną raną.
Chciał oddalić się od miejsca zbiórki, ale jego kulejący krok szybko został zauważony i już po chwili zaciągnięto go do namiotu medyków. Ururu był spanikowany. Na szczęście wszyscy byli tak zajęci, że nikt nie poświęcił więcej czasu nad raną, niż było to koniecznie. Po tym, jak Marquez odpowiedział, co wbiło mu się w nogę, oczyszczono ranę, zasklepiono lekiem, zabandażowano by usztywnić nieco łydkę oraz podano eliksir uśmierzający ból. Siność skóry wzięto za efekt stresu i wykrwawienia a na podejrzany brak śladów krwi nawet nie zwrócono uwagi. Ururu był jak nowo narodzony. Jak najszybciej uciekł z miejsca zdarzenia. Będzie miał teraz wiele do przemyślenia.
Przygoda nie dawała mu spać, chociaż i tak miał niską potrzebę snu. Wrócił do przeglądania notatek znalezionych u Petera Evansa. To wszystko bardzo mu się nie podobało. Co prawda w nekromację wchodził szereg zaklęć leczniczych, ale Ururu miał obawy, że porywacz nieszczególnie tym się zajmował. Co ewidentnie wskazywały notatki mówiące o życiu po śmierci i nieumarłych.