Zastanawiał się, czy robił coś niepoprawnego. Wszedł w grę z Nicholasem, albo raczej on sam tutaj stworzył grę. Bardzo zachowawczą grę. W tej grze obawiał się konsekwencji i bardziej niż samego blondyna obawiał się siebie samego. Swoich reakcji. Nie ufał swojemu ciału i swoim odruchom. Czuł się przyciągany jak magnes i całe to uczucie, jakie pojawiło się na samym początku - strachu i napięcia - zaczynały się przeradzać w jakąś chęć zasmakowania tych ponurych emocji. Czemu? Nie chciał się tak czuć i nie chciał tak myśleć. Jakby jego umysł był przełamany i ciągle mu czegoś brakowało. Doznań? Miłości? Jedno z drugim było przecież powiązane. To nie była miłość opiewana w romantycznych książkach, nie miała opiewać o Romeo i Julii. Przecież już wiedzieli, jakie mieli tutaj role przypisane. To złe. Niepoprawne. Na pewno złym jest to, czego się gdzieś tam podświadomie chciało? Nieustannie zadziwiało cię, jak działał ludzki mózg, jaki był skomplikowany i jak człowiek potrafił być podatny na najmniejsze zmiany w otoczeniu zależnie od otaczających go ludzi. Niektórzy byli po prostu bardziej świadomi tych zmian w nich zachodzących od innych. Zaraz za tym delikatnym uczuciem przyciągania miał myśl, że to go wcale nie uszczęśliwi. Jego samego. Miał przed sobą obcego człowieka poznanego w nieszczęśliwych okolicznościach, z jakiegoś powodu zatrutego myślą o nim. I teraz - co takiego dokładnie zrobił, że jednak naprawdę Nicholas nie zapomniał? Czy to było bezpieczne? Nie powiodłoby do jakiegoś nieszczęścia, gdyby wyciągnął do niego dłoń i okazał mu zainteresowanie..? Co się kryło pod lodem, z którego był skuty i czy szkiełko dało się wyciągnąć? Miał masę pytań. Ta masa zalewała jego głowę i nieszczęśliwie prowadziła do tego, że sam rozmiękał i się temu poddawał. Jesteś głupi, Laurencie. Taki głupiutki... Co potem prowadziło do nieszczęścia. Bo gdyby był o wiele bardziej ostrożny sytuacja z Dante nie miałaby miejsca.
- Dziękuję. - Czy to miał być komplement? Nie był pewien. W stosunku do tego człowieka był bardzo wielu rzeczy niepewny. I może... sam Nicholas nawet nie był pewny do końca. Ani tego, dlaczego temat podjął, ani... ach. Nie wiem. Niczego nie ułatwiało. Było kłamstwem? Prawdą? Wydawało się szczere. Zobojętniały człowiek, który nie jest pozbawiony zupełnie emocji, wyssany z nich do cna. On je po prostu zamykał w stalowej klatce. Schował tę klatkę tak głęboko, że była zakopana pod ziemią, przykryta deskami i... pewnie jeszcze trupami chowanymi pod łóżkiem. - Moja interpretacja wydaje się w tym wszystkim najmniej istotna. Szczególnie, że człowiek ma w zwyczaju dla własnej wygody przyjmować najmilszą dla niego wersję. - Ale dobrze, nie zamierzał dalej dopytywać i ciągnąć tematu, skoro Nicholas w ten sposób go uciął. Chyba naprawdę minimalnie go to obchodziło. Gdzieś podświadomie być może myślał o tym inaczej, bo chyba taki był z tego wniosek - po prostu tego nie analizował. Tak gdzieś go pchnęły myśli i po prostu się temu poddał. W całkowitym spokoju, bez zanurzania się w emocjonalnych rozterkach.
Przez moment zagościła między nimi cisza. Rozweselony Duma skakał jeszcze przez moment, nim w końcu się uspokoił, nie przejmując obecnością Nicholasa. A Laurent patrzył. Jedną dłoń wyciągał do psa, zabawiając go odruchowo, machinalnie. Bo jego uwaga zfokusowana była na tym wysokim, chłodnym, przystojnym mężczyźnie. I w końcu zrobił ku niemu dwa kroki, niszcząc odległość, którą narzucił sam między nimi. Przywracając świat do stanu poprzedniego.
- Myślę, że powinniśmy się kiedyś spotkać na kawę, Nicholasie Yaxleyu. Obiecałem ci w końcu piosenkę. - Uśmiechnął się ciepło, opuszczając, jakby zawstydzony, wzrok na zieloną trawę. Jego postawa całkowicie złagodniała, mięśnie przestały się napinać, jakby stał się miękką, podatną na zmiany modeliną. Wystarczy mały nacisk, żeby zmienić jej formę, odpowiednie przesunięcie palców, żeby wygładzić krawędzie. - Na razie pozwól, że dokończymy formalności. - Uniósł na niego wzrok, tak zaintrygowany odrobinkę jak i uspokojony. Powietrze z niego zeszło. Zaprosił gestem mężczyznę do powrotu, skoro nie chciał się przejechać na abraksanie.
I tak jak zapowiedział - dokończyli sprawy formalne.