23.09.2023, 16:52 ✶
Bones milczała o tym jak zaklęta, ale księżycowy kalendarz miała w małym palcu. Nie tylko ze względu na Erika, ale również i kogoś innego, kogoś, w którego stronę myśli biegły niemalże bezwiednie, gdy stawała obok Brenny.
Tak, w zasadzie w teorii tak powinna była zrobić. Wrócić do łóżka. Albo zająć się psami, książką, przelewaniem chaotycznych obrazów na papier, czymkolwiek innym. Nawet i odbieraniem pracy Malwie poprzez rzucenie się w wir gotowania, nie wiadomo po co, na co, dlaczego. No dobrze, „po co” to jednak może i miało odpowiedź – żeby zjeść.
Tylko że to były ilości znacznie wykraczające poza możliwości jednej osoby. Albo i dwóch.
- Wiem – odparła cicho, nie patrząc póki co na siostrę. Jej spojrzenie kierowało się gdzieś w stronę horyzontu, jeszcze czerwonego, ale czerwień ta gasła z każdą chwilą, niemalże niepostrzeżenie.
Noc pełni.
Noc wilkołaków.
Oczywiście że sama nie mogła towarzyszyć komukolwiek – może i transmutacja nie była nieznanymi dla niej wodami, to jednak wciąż: przemienić jedno w drugie, a nakłonić własne ciało do przybrania zgoła innej formy, to dwie różne rzeczy.
I rozsądniej było z tym nie przeginać – ot, po prostu potrzebowała czasu i wprawy.
- A nie mogę po prostu przyjść i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze? – uśmiechnęła się blado, zerkając z ukosa na siostrę. Musiało być dobrze. Już tyle pełni za nimi… więc i kolejna miała nadejść i przeminąć, bez komplikacji, jak miała nadzieję.
- Zresztą, promyczku, jestem pewna, że jakbyś chciała się tym podzielić, to już byś to dawno zrobiła – dodała po chwili i zawahała się krótko – Aczkolwiek nie powiem, zdziwiłam się nieco, kto najwyraźniej okazał się twoim wybrankiem podczas Beltane – uzupełniła myśl. Bo mimo wszystko, zdawała sobie sprawę z tego, iż Longbottom nie brała udziału w takich rzeczach. A już na pewno nie z kimś, kto oficjalnie był zaręczony.
Nie osądzała jednak; jakżeby mogła? Sama przecież oddała wianek osobie, do której – jak wielokrotnie się zarzekała – nie miała zamiaru już nigdy powrócić. Choć teraz te zamiary stały pod znakiem zapytania. Ot, zakładnik w walce rozumu z sercem.
Tak, w zasadzie w teorii tak powinna była zrobić. Wrócić do łóżka. Albo zająć się psami, książką, przelewaniem chaotycznych obrazów na papier, czymkolwiek innym. Nawet i odbieraniem pracy Malwie poprzez rzucenie się w wir gotowania, nie wiadomo po co, na co, dlaczego. No dobrze, „po co” to jednak może i miało odpowiedź – żeby zjeść.
Tylko że to były ilości znacznie wykraczające poza możliwości jednej osoby. Albo i dwóch.
- Wiem – odparła cicho, nie patrząc póki co na siostrę. Jej spojrzenie kierowało się gdzieś w stronę horyzontu, jeszcze czerwonego, ale czerwień ta gasła z każdą chwilą, niemalże niepostrzeżenie.
Noc pełni.
Noc wilkołaków.
Oczywiście że sama nie mogła towarzyszyć komukolwiek – może i transmutacja nie była nieznanymi dla niej wodami, to jednak wciąż: przemienić jedno w drugie, a nakłonić własne ciało do przybrania zgoła innej formy, to dwie różne rzeczy.
I rozsądniej było z tym nie przeginać – ot, po prostu potrzebowała czasu i wprawy.
- A nie mogę po prostu przyjść i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze? – uśmiechnęła się blado, zerkając z ukosa na siostrę. Musiało być dobrze. Już tyle pełni za nimi… więc i kolejna miała nadejść i przeminąć, bez komplikacji, jak miała nadzieję.
- Zresztą, promyczku, jestem pewna, że jakbyś chciała się tym podzielić, to już byś to dawno zrobiła – dodała po chwili i zawahała się krótko – Aczkolwiek nie powiem, zdziwiłam się nieco, kto najwyraźniej okazał się twoim wybrankiem podczas Beltane – uzupełniła myśl. Bo mimo wszystko, zdawała sobie sprawę z tego, iż Longbottom nie brała udziału w takich rzeczach. A już na pewno nie z kimś, kto oficjalnie był zaręczony.
Nie osądzała jednak; jakżeby mogła? Sama przecież oddała wianek osobie, do której – jak wielokrotnie się zarzekała – nie miała zamiaru już nigdy powrócić. Choć teraz te zamiary stały pod znakiem zapytania. Ot, zakładnik w walce rozumu z sercem.