23.09.2023, 23:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2023, 23:29 przez Florence Bulstrode.)
– Hm… Sama nie wiem. Chyba nie mam natury podróżniczki. Może kiedyś? – stwierdziła z odrobiną zastanowienia. - Sądzisz, że mógłby tego nie przewidzieć?
Zastanawiała się, czy byłby zły na matkę. I doszła do wniosku, że nie. Rodzice z jednej strony wydawali się parą bardzo niedobraną, z drugiej jakoś zawsze doskonale się uzupełniali. Mimo tego, że ojciec zawsze zdawał się jej typowym Bulstrodem, a matka… cóż, typową Prewettówną.
– Masz jakieś plany na najbliższe dni? – spytała Florence, sięgając po kolejną czereśnię. Zadarła na moment głowę i uśmiechnęła się mimowolnie, gdy pośród gałęzi jednego z dalszych od nich drzew, dostrzegła rozświergotanego ptaszka.
Ale nie tylko spytała. Bo za szpiegami ruszyły pierwsze oddziały: próbowała to zobaczyć. Sięgnąć w przyszłość – tę krótkoterminową, po prostu co planował na pewno w najbliższym czasie, ale i porwać się na… sięgnięcie nieco dalej: sprawdzenie, co zrobić by chciał, nawet jeżeli intencje mogły zostać tylko intencjami. Te plany obracane w głowie, od których do realizacji czasem pozostawało daleko. Być może nie powinna, ale w domu Bulstrodów swego rodzaju normą było odpowiadanie sobie na niezadane pytania czy to, że najmłodszy syn zawsze wiedział, jaki nastrój ma reszta. Było to prawie tak naturalne, jak oddychanie.
Liczyła, że zobaczy zwykłe rzeczy. Jak pracę, wyjście na piwo z kolegami, odwiedziny w kasynie czy jakiś szalony wypad z Seraphiną. Chociaż czuła podskórnie, że Laurent w swoim liście mógł mieć rację. I bardzo chciała pomóc Atreusowi. Może gdyby tamtego dnia Orion nie wszedł do salonu, dowiedziałaby się więcej?
Ale… Czuła się teraz tak bardzo, jak tamtego wieczoru, kiedy czekała pod mieszkaniem Patricka. Jakby stała obok kogoś, kto się chwiał, i mogła złapać go za rękę, sprawić, że odzyska równowagę, ale też nieostrożnym ruchem zepchnąć w przepaść.
Oby nie.
I oby nie dojrzała czegoś takiego, jak u Patricka Stewarda. Dwie kobiety, ciemność grobowca, wyszczerzone w mroku wampirze zęby…
– Tak naprawdę? Beltane – przyznała, kiedy zapytał, czy ostatnio coś się działo. Mówiła szczerze, bo to święto wytrąciło ją z równowagi, pracy w Mungu była masa, i jeszcze cała ta otoczka… Tak, że nawet Florence, tyle czasu spędzająca w szpitalu, była zmęczona. Ale pytanie ucieszyło ją trochę, bo dawało pretekst od pociągnięcia tematu. – Czy ty po nim też nie masz trochę wszystkiego dość? – dodała, obracając w dłoni owoc. Jak się z tym czujesz? Jak sobie radzisz? Te słowa z kolei obracała na języku, ale ich nie wypowiedziała. Nie musiała używać swojej magii, aby domyślać się, że padłoby pewnie coś w stylu zapewnień, że doskonale, że uwielbia swoją nową sławę, a może nawet coś o tym, że jest tak gorący, że nie przeszkadza mu, że jego skóra jest zimna…
Jasnowidzenie
Zastanawiała się, czy byłby zły na matkę. I doszła do wniosku, że nie. Rodzice z jednej strony wydawali się parą bardzo niedobraną, z drugiej jakoś zawsze doskonale się uzupełniali. Mimo tego, że ojciec zawsze zdawał się jej typowym Bulstrodem, a matka… cóż, typową Prewettówną.
– Masz jakieś plany na najbliższe dni? – spytała Florence, sięgając po kolejną czereśnię. Zadarła na moment głowę i uśmiechnęła się mimowolnie, gdy pośród gałęzi jednego z dalszych od nich drzew, dostrzegła rozświergotanego ptaszka.
Ale nie tylko spytała. Bo za szpiegami ruszyły pierwsze oddziały: próbowała to zobaczyć. Sięgnąć w przyszłość – tę krótkoterminową, po prostu co planował na pewno w najbliższym czasie, ale i porwać się na… sięgnięcie nieco dalej: sprawdzenie, co zrobić by chciał, nawet jeżeli intencje mogły zostać tylko intencjami. Te plany obracane w głowie, od których do realizacji czasem pozostawało daleko. Być może nie powinna, ale w domu Bulstrodów swego rodzaju normą było odpowiadanie sobie na niezadane pytania czy to, że najmłodszy syn zawsze wiedział, jaki nastrój ma reszta. Było to prawie tak naturalne, jak oddychanie.
Liczyła, że zobaczy zwykłe rzeczy. Jak pracę, wyjście na piwo z kolegami, odwiedziny w kasynie czy jakiś szalony wypad z Seraphiną. Chociaż czuła podskórnie, że Laurent w swoim liście mógł mieć rację. I bardzo chciała pomóc Atreusowi. Może gdyby tamtego dnia Orion nie wszedł do salonu, dowiedziałaby się więcej?
Ale… Czuła się teraz tak bardzo, jak tamtego wieczoru, kiedy czekała pod mieszkaniem Patricka. Jakby stała obok kogoś, kto się chwiał, i mogła złapać go za rękę, sprawić, że odzyska równowagę, ale też nieostrożnym ruchem zepchnąć w przepaść.
Oby nie.
I oby nie dojrzała czegoś takiego, jak u Patricka Stewarda. Dwie kobiety, ciemność grobowca, wyszczerzone w mroku wampirze zęby…
– Tak naprawdę? Beltane – przyznała, kiedy zapytał, czy ostatnio coś się działo. Mówiła szczerze, bo to święto wytrąciło ją z równowagi, pracy w Mungu była masa, i jeszcze cała ta otoczka… Tak, że nawet Florence, tyle czasu spędzająca w szpitalu, była zmęczona. Ale pytanie ucieszyło ją trochę, bo dawało pretekst od pociągnięcia tematu. – Czy ty po nim też nie masz trochę wszystkiego dość? – dodała, obracając w dłoni owoc. Jak się z tym czujesz? Jak sobie radzisz? Te słowa z kolei obracała na języku, ale ich nie wypowiedziała. Nie musiała używać swojej magii, aby domyślać się, że padłoby pewnie coś w stylu zapewnień, że doskonale, że uwielbia swoją nową sławę, a może nawet coś o tym, że jest tak gorący, że nie przeszkadza mu, że jego skóra jest zimna…
Jasnowidzenie
Rzut Z 1d100 - 16
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 29
Akcja nieudana
Akcja nieudana