23.09.2023, 23:50 ✶
- Brennie, powiedziałam tylko, że się zdziwiłam – odetchnęła głębiej, decydując się na objęcie siostry jedną ręką – Chociaż, bardziej chyba zdziwiło, że w ogóle wzięłaś udział w tym rytuale – przyznała po krótkiej chwili. Bo naprawdę, choć kuzynce życzyła jak najlepiej – również i trafienia na mężczyznę lepszego niż wybrało jej serce – to jednak znała ją na tyle, żeby zdawać sobie sprawę z tego, iż takie sabaty to nie bajka Longbottom. To byłoby bardziej w stylu Bones – zabawić się tej jednej nocy… i w zasadzie na tym poprzestać, chyba że akurat była z kimś związana.
- Tak że nie martw się, nie osądzam i nic sobie nie pomyślałam. Naprawdę. Nie ma mnie w tej kolejce do „za kogo ciebie mania” – dodała miękko – I mówisz tak, że zaraz zacznę mu współczuć – dodała zaraz lżejszym tonem, starając się to obrócić w żart.
Bo może nie dość trafnie dobrała słowa, ale – i mogła to przysiąc na Panią Księżyca i wszystkich innych bogów – że nie miała nic złego na myśli.
- Rozumiem – stwierdziła po krótkiej chwili milczenia. Tak. Niby to o niczym nie świadczyło, niby dzieci niekoniecznie dzieliły grzechy ojców. Ale nie mogłaby – i nie chciała wręcz – bronić Rookwodów w jakikolwiek sposób. Tak, w obecnych czasach tak naprawdę wystarczyło jedno zgniłe jabłko, żeby rzucić cień podejrzenia na całą jabłoń, a cień… cień to już było dość wiele, żeby nie pokładać zaufania w poszczególnych ludziach.
Niekoniecznie ich osądzać i szukać dowodów na domysły, ale właśnie: zachowywać rezerwę. Co najmniej. A Chester to już w ogóle, dał taki popis stulecia, że aż się trochę dziwiła, że jeszcze nie wylądował na dywaniku i nie sprawdzono porządnie, czy przypadkiem nie ma „uroczego” tatuażu na rąsi. Nie po to słała listy i siedziała dość długo nad raportem, żeby mu tak po prostu uszło to na sucho…
… może musi się zakręcić i pociągnąć za język, wybadać sprawę? Z drugiej strony, w teorii nic jej do spraw Biura Aurorów… a Harper w ciemię bita przecież nie była.
- W istocie, wiedzieliśmy – przyznała chmurnie. Gorzej, że z tej wiedzy na dobrą sprawę niewiele im wyszło. I tak polała się krew, i tak Voldemort zyskał, co chciał, choć próbowali przecież mu przeszkodzić, ze wszystkich sił.
- To wygląda na coś poważnego? – spytała niby od niechcenia. Niby wiedziała, że serce nie sługa, ale jednak Rookwood… cholera by to.
- Tak że nie martw się, nie osądzam i nic sobie nie pomyślałam. Naprawdę. Nie ma mnie w tej kolejce do „za kogo ciebie mania” – dodała miękko – I mówisz tak, że zaraz zacznę mu współczuć – dodała zaraz lżejszym tonem, starając się to obrócić w żart.
Bo może nie dość trafnie dobrała słowa, ale – i mogła to przysiąc na Panią Księżyca i wszystkich innych bogów – że nie miała nic złego na myśli.
- Rozumiem – stwierdziła po krótkiej chwili milczenia. Tak. Niby to o niczym nie świadczyło, niby dzieci niekoniecznie dzieliły grzechy ojców. Ale nie mogłaby – i nie chciała wręcz – bronić Rookwodów w jakikolwiek sposób. Tak, w obecnych czasach tak naprawdę wystarczyło jedno zgniłe jabłko, żeby rzucić cień podejrzenia na całą jabłoń, a cień… cień to już było dość wiele, żeby nie pokładać zaufania w poszczególnych ludziach.
Niekoniecznie ich osądzać i szukać dowodów na domysły, ale właśnie: zachowywać rezerwę. Co najmniej. A Chester to już w ogóle, dał taki popis stulecia, że aż się trochę dziwiła, że jeszcze nie wylądował na dywaniku i nie sprawdzono porządnie, czy przypadkiem nie ma „uroczego” tatuażu na rąsi. Nie po to słała listy i siedziała dość długo nad raportem, żeby mu tak po prostu uszło to na sucho…
… może musi się zakręcić i pociągnąć za język, wybadać sprawę? Z drugiej strony, w teorii nic jej do spraw Biura Aurorów… a Harper w ciemię bita przecież nie była.
- W istocie, wiedzieliśmy – przyznała chmurnie. Gorzej, że z tej wiedzy na dobrą sprawę niewiele im wyszło. I tak polała się krew, i tak Voldemort zyskał, co chciał, choć próbowali przecież mu przeszkodzić, ze wszystkich sił.
- To wygląda na coś poważnego? – spytała niby od niechcenia. Niby wiedziała, że serce nie sługa, ale jednak Rookwood… cholera by to.