24.09.2023, 02:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.09.2023, 02:19 przez Florence Bulstrode.)
– Nie jest takie. Jedna osoba popełniła z powodu tej więzi samobójstwo – mruknęła, a potem, gdy już przesypywała czereśnie w dłonie Atreusa, jej własna ręka zadrżała. Jeden z owoców potoczył się po ziemi.
Bo Florence zrozumiała, że nie śniła o statku bez powodu.
Być może inni jasnowidze przeczuwali jego wynurzenie tylko dlatego, że tak podpowiadał im talent. Niekiedy jednak tacy jak oni w snach widzieli zagrożenie, grożące ich bliskim. I teraz Bulstrode uniosła spojrzenie na Atreusa, przenosząc je z jego dłoni na twarz, czując się dokładnie tak, jak parę tygodni temu, gdy zobaczyła coś podobnego, stojąc naprzeciwko Patricka. Pragnąc z całych sił, z całego serca powiedzieć: nie idź tam. Ale nie mogła. Bogowie, nie mogła, bo jej brat był tym, kim był.
– Nie wiedziałam, ale o nim śniłam – powtórzyła to, co już wcześniej powiedziała. Spoglądała mu w oczy, tak podobne do jej własnych, a spojrzenie miała skupione i poważne. – I myślę, że śniłam o nim przez ciebie – dodała cicho. Nie, nie pomyślała, że statek próbował ją wezwać, bo Florence nie była kimś, kto mógłby podążyć za takim wezwaniem. – Nie powinieneś tam iść. Ale wiem, że i tak pójdziesz. Nie ufaj snom, braciszku – mruknęła, cofając dłonie, teraz puste, bo przesypała czereśnie w jego ręce.
Czasem wiedza jasnowidza była przekleństwem. Atreus już podjął decyzję. Inaczej nie mogłaby tego zobaczyć. Nic, co powiedziałaby Florence, nie odwiodłoby go z obranej drogi.
– A ta dziewczyna przyciąga kłopoty. Przynajmniej tym razem nie jest to grobowiec – westchnęła, odsuwając się na powrót, wracając do tej samej pozycji, jaką przyjęli wcześniej, zanim przysunęła się, by podzielić się z nim owocami, bo chociaż starała się nie unikać dotyku Atreusa, to też po prostu ciężko było po prostu traktować wszystko tak samo, jak wcześniej. A powiedziała te słowa, bo tę pannę też już widziała, na brzegu morza, szukając w przyszłości Patricka odpowiedzi na pytanie, dlaczego był tak zagubiony i znalazła… coś zupełnie innego.
Rozmowa mogła zdawać się dziwna, ale ród ich ojca... był pod pewnymi względami specyficzny. W ich krwi płynęła moc, której wprawdzie żadne z trójki dzieci nie próbowało rozwijać szczególnie gorliwie, ale z której potrafili korzystać. Mniej i bardziej świadomie. Jak teraz, gdy Florence dręczyło niekiedy denerwujące przeczucie, że z morza wyłoni się pewien statek.
– Nie miałam na myśli tylko poszukiwań – mruknęła, ale nie naciskała, bo Atreus chyba doskonale rozumiał, że siostrze chodziło o coś więcej. I najwyraźniej wcale nie chciał o tym rozmawiać: może jeszcze nie, a może po prostu nie z nią. – Wszyscy próbują. Wiem, że nie lubisz czekać, ale pewne rzeczy wymagają czasu. Nic, co przychodzi łatwo, nie jest wiele warte.
Zerknęła na niego z ukosa, zastanawiając się, komu to podobno nie wystarcza, ale tego pytania już nie zadała.
Bo Florence zrozumiała, że nie śniła o statku bez powodu.
Być może inni jasnowidze przeczuwali jego wynurzenie tylko dlatego, że tak podpowiadał im talent. Niekiedy jednak tacy jak oni w snach widzieli zagrożenie, grożące ich bliskim. I teraz Bulstrode uniosła spojrzenie na Atreusa, przenosząc je z jego dłoni na twarz, czując się dokładnie tak, jak parę tygodni temu, gdy zobaczyła coś podobnego, stojąc naprzeciwko Patricka. Pragnąc z całych sił, z całego serca powiedzieć: nie idź tam. Ale nie mogła. Bogowie, nie mogła, bo jej brat był tym, kim był.
– Nie wiedziałam, ale o nim śniłam – powtórzyła to, co już wcześniej powiedziała. Spoglądała mu w oczy, tak podobne do jej własnych, a spojrzenie miała skupione i poważne. – I myślę, że śniłam o nim przez ciebie – dodała cicho. Nie, nie pomyślała, że statek próbował ją wezwać, bo Florence nie była kimś, kto mógłby podążyć za takim wezwaniem. – Nie powinieneś tam iść. Ale wiem, że i tak pójdziesz. Nie ufaj snom, braciszku – mruknęła, cofając dłonie, teraz puste, bo przesypała czereśnie w jego ręce.
Czasem wiedza jasnowidza była przekleństwem. Atreus już podjął decyzję. Inaczej nie mogłaby tego zobaczyć. Nic, co powiedziałaby Florence, nie odwiodłoby go z obranej drogi.
– A ta dziewczyna przyciąga kłopoty. Przynajmniej tym razem nie jest to grobowiec – westchnęła, odsuwając się na powrót, wracając do tej samej pozycji, jaką przyjęli wcześniej, zanim przysunęła się, by podzielić się z nim owocami, bo chociaż starała się nie unikać dotyku Atreusa, to też po prostu ciężko było po prostu traktować wszystko tak samo, jak wcześniej. A powiedziała te słowa, bo tę pannę też już widziała, na brzegu morza, szukając w przyszłości Patricka odpowiedzi na pytanie, dlaczego był tak zagubiony i znalazła… coś zupełnie innego.
Rozmowa mogła zdawać się dziwna, ale ród ich ojca... był pod pewnymi względami specyficzny. W ich krwi płynęła moc, której wprawdzie żadne z trójki dzieci nie próbowało rozwijać szczególnie gorliwie, ale z której potrafili korzystać. Mniej i bardziej świadomie. Jak teraz, gdy Florence dręczyło niekiedy denerwujące przeczucie, że z morza wyłoni się pewien statek.
– Nie miałam na myśli tylko poszukiwań – mruknęła, ale nie naciskała, bo Atreus chyba doskonale rozumiał, że siostrze chodziło o coś więcej. I najwyraźniej wcale nie chciał o tym rozmawiać: może jeszcze nie, a może po prostu nie z nią. – Wszyscy próbują. Wiem, że nie lubisz czekać, ale pewne rzeczy wymagają czasu. Nic, co przychodzi łatwo, nie jest wiele warte.
Zerknęła na niego z ukosa, zastanawiając się, komu to podobno nie wystarcza, ale tego pytania już nie zadała.