— Nie nastraja to pozytywnie. W najmniejszym stopniu.
Oby to nie miały być jego słynne ostatnie słowa. Nie mógł się jednak powstrzymać przed tym komentarzem. Miał poszanowanie dla darów Geraldine, jednak w tym momencie zdawały się stanowić wyznacznik tego, że znaleźli się po pas w kłopotach i coraz bardziej w nich tonęli. Skoro nie mogła nawet określić, czy na pokładzie czai się zgraja wampirów, wściekłych trytonów, którzy wyhodowali sobie ludzkie nogi, czy jeszcze jakiegoś inne tałatajstwa to naprawdę nie było dobrze. Mimo to szli dalej, niczym jak na jakieś dziwne spotkanie z przeznaczeniem.
— Próbowała mi wytłumaczyć, od czego to wszystko się zaczęło — mruknął, starając się złożyć opowieść z wizji w jedną całość. — Po raz pierwszy zauważyła, że coś jest z nim nie tak, kiedy wyskoczył przez okno i niczego sobie nie połamał. Potem mieli jeszcze kilka wypadków w domu. Jego ojciec — zawiesił na moment głos — nie traktował go dobrze.
Delikatnie mówiąc, dorzucił Erik, a na dalsze słowa Victorii aż się zatrzymał na dłuższą chwilę. Wzmianki o obskurodzicielach obiły mu się o uszy, jednak nigdy nie dotyczyły kogoś z jego otoczenia. Nawet w mediach nie było o tym głośno. W sumie nic dziwnego. W ich społeczności akceptacja magicznych zdolności była czymś naturalnym. Jednak, gdy ktoś wychowywał się w niemagicznej rodzinie, mogło to nieść za sobą pewne zagrożenia. Skrzywił się na samą myśl.
— To chyba wyjaśnia śmierć tego Weissa, — Imię mężczyzny zatańczyło na jego języku, jednak w zupełnie inny sposób, niż w wizjach. Inny sposób wymowy, inny akcent, a nawet emocje. Może i mieli okazję doświadczyć na własną rękę kilku minut życia pasażerów statku, tak na dobrą sprawę o nich samych nie wiedzieli wiele więcej, niż przed przybyciem na pokład. — Kłótnia z matką, silne emocje... I mamy brak kontroli.
Wolał się nie zastanawiać nad tym, czy w tej chwili gdzieś w Londynie jedno z magicznych dzieci nie jest poddawane podobnemu traktowaniu. Uznawane za dziwoląga lub w nieco bardziej pozytywnej wersji „dzieckiem szczęścia”. Czy Ministerstwo w ogóle dysponowało środkami, aby faktycznie dotrzeć do dzieci, których opiekunowie nie chcieli, aby zostały odnalezione? Pokręcił wzrok, wracając do ciemnej i mokrej rzeczywistości.
— Naprawdę nie powinniśmy — próbował jeszcze raz powstrzymać Geraldine przed skokiem do przodu, jednak kobieta za nic miała jego prośby.
Erika oblał zimny pot, gdy zobaczył, że sylwetka, którą wypatrzyli w ciemności, nie należała do nikogo z ich ekipy, a... Żywego trupa. Tak, to chyba było najtrafniejsze określenie. Ewentualnie „szkieletor” też całkiem dobrze pasowało. Nie licząc resztek mięśni, zreflektował się, czując, że żołądek zaczyna wiązać mu się na supeł, a następnie sznur chwycił za jego... Za jego gardło?
Nagle, Erik wylądował na kolanach, łapiąc się za szyję i walcząc o każdy oddech. Wybałuszył oczy, a jego twarz oblała się czerwienią. Różdżka potoczyła się po podłodze, a jej właściciel próbował mocować się z niewidzialną siłą, próbując wyrwać się z jej uścisku.
Sukces!
Akcja nieudana
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞