Czy Laurent w ogóle nie zmężniał od czasów szkoły? Specjalnie chciał go zostawić z tyłu, aby nic mu się przypadkiem nie stało, wszak żaden był z niego wojownik... no chyba, że na przestrzeni tych prawie 10 lat coś się zmieniło, a i w to trochę Stanley nie wierzył. Prewett zawsze był tym miłym i ułożonym chłopakiem, który nie powodował zbyt wielu problemów - może to miało jakiś związek z tym jak postrzegał go Borgin?
Poklepaniem chciał mu dodać trochę otuchy, może podnieść morale ale najwidoczniej nie zadziałało to najlepiej. Ciężko westchnął i odwrócił się do swojego kompana - Nie wiem. Nie wiem nic. Tu nic nie jest na miejscu i nic się nie zgadza, a ja potem nie chcę słyszeć, że Borginowie coś na tym statku pokręcili, aby zabić Brennę czy chuj wie kogo - odparł, zatrzymując się zgodnie z jego prośbą. Oczywiście nie omieszkał wspomnieć o swoim małym "konflikcie", nieprzychylności czy czymkolwiek tym co go łączyło z Longbottom. Najprędzej tu było do czystej nienawiści, niż jakiejś formy miłości ale tego samego nie można było powiedzieć o Anthonym i jego zapatrzeniu w tą detektyw - Dobra, pójdziemy razem... Ale też się za bardzo nie wychylajcie - polecił im, zgadzając się na ich plan. Ani trochę nie był mu na rękę taki obrót spraw. Gdyby tylko William dowiedział się o tym, że naraża dziedzica na takie niebezpieczeństwo to sam by go chyba głowy pozbawił.
Borgin nie chciał nawet wiedzieć o czym on wspomina ale skoro czuł, że jest to podstawą rozwiązania tej zagadki to miał jego różdżkę w tym wszystkim - Już. Spokojnie. Wszystko będzie dobrze - po raz kolejny starał się dodać mu chociaż odrobinę otuchy, tak aby go nie sparaliżowało jak w przypadku szkła. Stanley dobył swojej różdżki i podążył za Prewettem, nie mając innych opcji - musiał mu pomóc.
Widząc trójkę znajomych mu twarzy z ministerstwa osłupiał. Wy też popełniliście 'samobójstwo'? Tylko czemu nie zadziałało? Spoglądał w ich kierunku, starając się dostrzec najmniejszego ruchu z ich strony. O ile chciał już się rzucić do biegu w kierunku Atreusa, aby go ratować, tak jego zapał został zaraz ugaszony tym co ujrzał, a raczej tym kogo ujrzał. Persefona Fawley we własnej osobie - "wodna" dama, która się potrafiła rozpływać według wersji Laurenta i Anthony'ego. To jednak też nie było najdziwniejsze, ponieważ zaraz coś zaczęło ich ostrzegać.
Co to jest... Dziwił się na dźwięki, które dochodziło znad nich. Czy "one" próbowały im pomóc? Być może, dlatego Stanley obracał się nerwowo dopóki nie spojrzał na górę - O kurwa... - rzucił niemal bezgłośnie, otwierając usta w zdziwieniu, a w oczach miał strach. Dlaczego tam była mała dziewczynka? Czy to kolejna z ofiar tej chorej kobiety? Czy było ich więcej? Czy Brenna, Mavelle i Atreus byli jednymi z nich? Być może. Stanleyowi nie widziało się za to popełnianie samobójstwa ponownie - raz w życiu wystarczy. I o ile kusiło go rzucenie soczystego cruciatusa w kierunku Longbottom, aby mieć pewność, że już nigdy nie spotkają się w ministerstwie, tak zdawał sobie sprawę, że nie do końca miał teraz na to czas, a i świadków było za dużo.
Widząc jak Laurent unosi różdżkę, zrozumiał, że próbuje coś poczarować. Sam nie zamierzał pozostawać bezczynny - wypowiedział cichą inkantację, próbując tym samym utworzyć wokół nich tarczę ochronną gdyby pani Persefonie się trochę odkleiło ze starości - Gdyby tej wariatce coś strzeliło do łba i postanowiłaby nas zaatakować to macie uciekać - rozkazał im, nie akceptując odmowy - Będę was osłaniać i postaram się kupić wystarczająco dużo czasu, abyście dotarli do tego czego szuka Laurent - dodał, spoglądając na brata - Rozumiemy się Tony? Ciebie to też się tyczy - wskazał palcem na młodszego Borgina, dając mu do zrozumienia, że tym razem będzie musiał go zostawić jeżeli coś pójdzie nie tak.
Stanley miał zamiar ruszyć za chłopakami, a gdyby plan spalił na panewce, chciał stanąć do walki z Persefoną.
Próba wyczarowania tarczy ochronnej wokół naszej trójki. Korzystam z rozproszenia.
Slaby sukces...
Sukces!
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972