Gdy Elaine miała wolną chwilę zwiedziała wszystkie okolice Londynu. Czasem łaziła bez celu po wioskach niedaleko jej miejsca pobytu, a czasami szła jeszcze dalej w inne strony. Tak dzisiejszy dzień zawędrowała do Doliny Godryka, gdzie jeszcze niedawno wydarzyła się okropna tragedia. Elaine martwiła się o tych wszystkich ludzi, którzy wtedy stracili swoje rodziny oraz przyjaciół. Sama też czuła ulgę, że nie wybrała się na obchodzenie tamtego święta, ponieważ była wtedy chora i kurowała się w swoim wozie. Teraz jednak było ciepło, słońce świeciło, a ona znalazła się na cudownej polance, która nie wyglądała tak jakby coś się tu jeszcze miesiąc temu wydarzyło. Było sielankowo, radośnie i ciepło. Ubrała się w zwiewną sukienkę do kolan z okrytymi delikatnie plecami, w talii miała przewiązany pleciony sznurek, który był ozdobą sukienki. W dłoni trzymała sandałki, które zdjęła, gdy tylko wylądowała stopami na miękkiej trawie. Położyła się w końcu na ziemi zakrywając twarz kapeluszem.
Uśmiechała się cały czas korzystając ze słońca. Leżała na łące, nikogo wokół nie było: tylko ona i słońce. Ten czas był przyjemny, gdy nie musiała myśleć o niepotrzebnych troskach, o tym, że parę dni temu była zmuszona do uratowania chłopca, który mógł umrzeć, że w snach odwiedził ją jakiś nieprzyjemny facet ze strzelbą. Chciała uciec od trosk, wygrzać się i opalić nogi. Takie samotne miejsca były do tego idealne. Nie wiedziała ile tak leżała, ale to chyba była najprzyjemniejsza rzecz, którą zrobiła dla siebie w tym dniu. Do jej uszu zaczęły docierać odgłosy kroków, ale pomyślała, że mogły być to jakieś omamy. Była też tak teraz rozleniwiona, że nawet nie miała ochoty się podnosić. Kapelusz grzał jej twarz, sandałki leżały obok, a sukienka zakrywała jedynie część jej ud, gdy słońce przyjemnie pieściło jej osobę. Nie miała ochoty patrzeć na przypadkowego człowieka, ale jeśli dana osoba do niej zagada zachowa się jak prawdziwa Elaine Bell i odpowie z radością na zaczepkę.
Nagle jej sielankę przerwało ciche warknięcie i tętent łap odbijających się od ziemi. Nie zdążyła usiąść, gdy po obu jej stronach pojawiły się dwa psy, które zaczęły na nią nieprzyjemnie warczeć. Zrzuciła z twarzy kapelusz i zasłoniła swoje usta, aby nie krzyczeć i bardziej nie drażnić zwierząt. Wiedziała, że zwierzęta na nią w ten sposób reagowały, ale miała nadzieję, że jak zobaczą, że nie jest groźna to odpuszczą i wrócą do swojego właściciela.
– Idźcie sobie – machnęła na nie dłonią powoli i mało agresywnie.