24.09.2023, 21:00 ✶
Patrick zmarszczył brwi, słuchając Brenny, Victorii i Laurenta. W jego oczach odmalowało się pewne zaskoczenie, którego nawet nie próbował przed nimi ukrywać. Zaskoczenie, bo nie podejrzewał nawet jak bardzo byli zaangażowani w całą sprawę.
Tak. Wiedział, że Brenna szukała wszelkich dostępnych informacji o śmierci Derwina Longbottoma. I tak, to od niej dowiedział się o tym, że coś, jakieś stworzenie, najprawdopodobniej, doprowadziło jego ciało do takiego stanu. Właściwie to od niej uzyskał wszystkie informacje, które miał o całej sprawie.
Ale Laurent? Cóż, wiedział, że musiała go zaangażować w jakimś stopniu. Tylko chyba nie docenił, nie doszacował, zaangażowania, które młody mężczyzna przejawiał.
Ostatecznie, kiedy prosił ich o rozmowę, chciał po prostu dowiedzieć się jakie mieli przemyślenia dotyczące dzisiejszej wędrówki po lesie razem z Mildred Found i spotkania z bezkształtnymi widmami. A dostał właściwie… plan działania? Przynajmniej wstępny.
Pokręcił głową. A potem posłał Victorii coś na kształt krzywego uśmiechu.
- Nie znam historii o błotoryju – przyznał się od razu. Co nie zmieniało tego, że nie musiał być wybitnym specjalistą do spraw magicznych stworzeń, by wiedzieć, że było to niebezpieczne stworzenie przypominające trochę kłodę. I, że jeśli Victoria poszła z Brenną do Kniei to prawdopodobnie również miało jakiś związek ze sprawą śmierci Derwina Longbottoma.
Zacisnął usta, próbując zebrać wszystko, co usłyszał do kupy oraz zastanowić się nad tym, czy było jeszcze coś, czego właściwie nie wiedzieli a co wiedział on.
- To może być żaden trop, ale… - zaczął wreszcie, dość powoli ważąc wypowiadane przez siebie słowa. – Też rzuciło mi się w oczy, że w okolicach domu Mildred nie było śladów po zwierzętach. Jeśli rzeczywiście te bezkształtne widma sprawiają, że zwierzęta przed nimi umykają to warto byłoby sprawdzić czy mieszkający w okolicach Kniei Godryka ludzie nie widzieli nagłej i niespodziewanej migracji zwierząt – opisał powoli. Tak, istniała szansa, że zwierzęta uciekały w głąb kniei, ale nawet jeśli to wtedy – co byłoby już pewnym rodzajem szaleństwa i Steward oczywiście nie wysłałby kogokolwiek samodzielnie do lasu, ale może żyły tam jakieś rozumne stworzenia, które wtedy mogłyby im coś o tym powiedzieć. Jak w Zakazanym Lesie. O ile oczywiście, istniała tu podobna analogia. Koniec końców, przynajmniej zyskaliby datę - kiedy wszystko się zaczęło. – Obstawiam, że Ministerstwo Magii dość szybko wyda informacje o zakazie wstępu do Kniei. – Ale czy będą próbowali zamykać im usta? Wątpił. Przedstawiciele Ministerstwa Magii nie byli wstanie upilnować nawet kilku medyków drugiego maja, jak mieliby upilnować przynajmniej kilkanaście osób? Już sama Mildred Found rozniosła informacje o pojawieniu się bezkształtnych widm przynajmniej kilku osobom.
A była pewnie tylko kroplą w morzu.
- Wątpię by te istoty były świadomym dziełem Voldemorta – wymamrotał w odpowiedzi do słów Brenny. Posłał przy dłuższe spojrzenie Victorii. Byli razem z limbo. Widzieli tam Voldemorta. Poszedł tam kraść, nie tworzyć. Jeśli miałby coś zrobić to najwyżej przypadkiem. – Biorąc pod uwagę, że pożywiały się na ubraniach Mildred, równie dobrze mogłyby pożywić się także na ciele zmarłego. – No chyba, że gdy dorwały Derwina ten jeszcze żył, umierał tylko i nie mógł się bronić – ale tego ostatniego Patrick nie powiedział już na głos.
Tak. Wiedział, że Brenna szukała wszelkich dostępnych informacji o śmierci Derwina Longbottoma. I tak, to od niej dowiedział się o tym, że coś, jakieś stworzenie, najprawdopodobniej, doprowadziło jego ciało do takiego stanu. Właściwie to od niej uzyskał wszystkie informacje, które miał o całej sprawie.
Ale Laurent? Cóż, wiedział, że musiała go zaangażować w jakimś stopniu. Tylko chyba nie docenił, nie doszacował, zaangażowania, które młody mężczyzna przejawiał.
Ostatecznie, kiedy prosił ich o rozmowę, chciał po prostu dowiedzieć się jakie mieli przemyślenia dotyczące dzisiejszej wędrówki po lesie razem z Mildred Found i spotkania z bezkształtnymi widmami. A dostał właściwie… plan działania? Przynajmniej wstępny.
Pokręcił głową. A potem posłał Victorii coś na kształt krzywego uśmiechu.
- Nie znam historii o błotoryju – przyznał się od razu. Co nie zmieniało tego, że nie musiał być wybitnym specjalistą do spraw magicznych stworzeń, by wiedzieć, że było to niebezpieczne stworzenie przypominające trochę kłodę. I, że jeśli Victoria poszła z Brenną do Kniei to prawdopodobnie również miało jakiś związek ze sprawą śmierci Derwina Longbottoma.
Zacisnął usta, próbując zebrać wszystko, co usłyszał do kupy oraz zastanowić się nad tym, czy było jeszcze coś, czego właściwie nie wiedzieli a co wiedział on.
- To może być żaden trop, ale… - zaczął wreszcie, dość powoli ważąc wypowiadane przez siebie słowa. – Też rzuciło mi się w oczy, że w okolicach domu Mildred nie było śladów po zwierzętach. Jeśli rzeczywiście te bezkształtne widma sprawiają, że zwierzęta przed nimi umykają to warto byłoby sprawdzić czy mieszkający w okolicach Kniei Godryka ludzie nie widzieli nagłej i niespodziewanej migracji zwierząt – opisał powoli. Tak, istniała szansa, że zwierzęta uciekały w głąb kniei, ale nawet jeśli to wtedy – co byłoby już pewnym rodzajem szaleństwa i Steward oczywiście nie wysłałby kogokolwiek samodzielnie do lasu, ale może żyły tam jakieś rozumne stworzenia, które wtedy mogłyby im coś o tym powiedzieć. Jak w Zakazanym Lesie. O ile oczywiście, istniała tu podobna analogia. Koniec końców, przynajmniej zyskaliby datę - kiedy wszystko się zaczęło. – Obstawiam, że Ministerstwo Magii dość szybko wyda informacje o zakazie wstępu do Kniei. – Ale czy będą próbowali zamykać im usta? Wątpił. Przedstawiciele Ministerstwa Magii nie byli wstanie upilnować nawet kilku medyków drugiego maja, jak mieliby upilnować przynajmniej kilkanaście osób? Już sama Mildred Found rozniosła informacje o pojawieniu się bezkształtnych widm przynajmniej kilku osobom.
A była pewnie tylko kroplą w morzu.
- Wątpię by te istoty były świadomym dziełem Voldemorta – wymamrotał w odpowiedzi do słów Brenny. Posłał przy dłuższe spojrzenie Victorii. Byli razem z limbo. Widzieli tam Voldemorta. Poszedł tam kraść, nie tworzyć. Jeśli miałby coś zrobić to najwyżej przypadkiem. – Biorąc pod uwagę, że pożywiały się na ubraniach Mildred, równie dobrze mogłyby pożywić się także na ciele zmarłego. – No chyba, że gdy dorwały Derwina ten jeszcze żył, umierał tylko i nie mógł się bronić – ale tego ostatniego Patrick nie powiedział już na głos.