Gio poznał osobiście większość członków Zakonu. Był jednym z tych, którzy od razu podchodzili do każdej nowej osoby by się przywitać i lepiej poznać. Szczególnie biorąc pod uwagę specyfikę zgromadzenia, Urquartowi zależało na pielęgnowaniu koleżeńskich relacji między członkami. Nikt nie powinien być za bardzo na marginesie. Wszyscy powinni się wspierać. Budowało to lojalność i zaufanie. A także podnosiło morale. O wiele lepiej znosiło się trudy z przyjaciółmi, niż z przypadkowymi wrogami. Dlatego też Gio znał się z Jasonem. Nie mieli wielu okazji do spotkań, przez wzgląd na zajmowanie się innymi sprawami Zakonu, ale gdy takie się nadarzały, zawsze wymieniali ze sobą kilka słów. Dlatego jego śmierć ugodziła boleśnie czarodzieja.
Każda wojna przynosiła straty. To oczywiste. Ale Giovanni cały czas żył nadzieją, że tym razem będzie inaczej. Niestety każda strata członka Zakonu, bądź innej osoby zaangażowanej w walkę, powodowała potężny ból oraz poczucie winy. Czuł się tak bardzo nieskuteczny.
Jeszcze kilkanaście dni siedział z Kim we Włoszech, ciesząc się spokojem śródziemnomorskiej przyrody. Czasami wolałby zostać tam na zawsze, ale wtedy do końca życia żyłby z poczuciem obrzydzenia do samego siebie. Musiał wracać na Wyspy.
Kolejne przydzielone zadanie było dla niego tak ważne, jak każde poprzednie. Stanowiło najwyższy priorytet. Gdy tylko upewnił się, że Kim jest bezpieczna w jego rodzinnym domu, ruszył na spotkanie z Lucy przed punktem Fiuu. Biorąc pod uwagę podróż do niemagicznego Londynu, przywdział beżowe spodnie dzwony oraz żółtą bluzkę będącą niemal parodią stereotypowych średniowiecznych koszul. Co poradzić, taka moda. Bluzkę miał oczywiście wciśniętą w spodnie, te zaś spięte czarnym pasem. Włosów nawet nie musiał ruszać.
Dotarł na miejsce zbiórki i upewnił się, że różdżka bezpiecznie spoczywa specjalnie ukrytej kieszonce.