Orion, jak każde dziecko, miał tą cudowną zdolność zadawania najgorszych możliwych pytań. Strzała jego słów przebiła Ezechiela na wylot, ale się nie dał. Miał przygotowaną odpowiedź na tą pułapkę.
— Sprzedają składniki eliksirów — odpowiedział. To była dla niego najlepsza dziedzina, by jego kłamstwo tętniło życiem. — Część składników wytwarzają sami, część sprowadzają.
Pokiwał głową, gdy chłopak powtórzył jego nazwisko. Zdawał sobie sprawę, że było niecodzienne, ale ten poradził sobie bardzo dobrze. Niestety zawiesił się na kiwaniu i dotarło ono do Australii. Z opóźnieniem zaczął kręcić głową po innej osi (przecząco).
— Ho ho ho, widzisz, to bardzo podobne nazwy, ale dwa inne kraje. Austria jest dość blisko, to wciąż Europa. A Australia znajduje się na drugim końcu globu — wyjaśnił, absolutnie rozumiejąc pomyłkę chłopca.
— No wiesz? — złapał się pod boki obruszony podejrzeniem Oriona. — "Przede wszystkim leczyć"! To jest dewiza każdego lekarza! — Związek ze Śmierciożercami idealnie zweryfikował, jak Ezowi było blisko do etyki lekarza. — Poza tym, jaki miałbym cel w otruciu ciebie? Przecież nie nosisz przy sobie sakwy pełnej galeonów... prawda? — Posłał mu podejrzliwe spojrzenie, ale ton jego głosu sugerował, że cały czas żartuje. Podsunął mu na blacie dwie filiżanki herbaty. — Proszę bardzo, wybierz jedną, a ja ją wypiję. Żeby pokazać ci, że obydwie są w porządku.
Jednak nie miał zamiaru miotać wspomnieniami chłopca. Zdążył go polubić i nie potrafiłby sobie wybaczyć wpisania go na listę swoich ofiar. Poza tym, czas też działał na jego niekorzyść. Trudno stwierdzić, ile eliksiru musiałby mu dać, by usunąć wspomnienia o rozmowie.