Jonathan wymruczał coś niezrozumiałego pod nosem. Żałował pozbycia się trunku, a duma nie pozwalała mu prosić o nowy. Splótł ręce na piersi i zagnieździł się wygodnie na kanapie.
— Amortencja, czy nie, ślub z Geraldine ma wiele sensu. W końcu ja, Gio i sama Ger przestaniemy być nękani o pytania o małżeństwo. Wszystkim wyjdzie to na dobre. A Kim... Nie ma nawet co gadać o Kim. Po pierwsze, Gio jest zbyt wielką ciotą, żeby zrobić jakikolwiek ruch w jej stronę, co dopiero mówić o małżeństwie. Po drugie, sam tego nie chce. Nie chce jej plątać w swoje sprawy. W ogóle nie chce jej na Wyspach, bo tu jest zbyt niebezpiecznie, a Gajda się nieźle potrafi plątać w tarapaty. Na dniach pewnie przyprowadzi jakiegoś Czarnego Dzbana na herbatkę nam na chatę — zarzucił innym punktem widzenia.
Trochę się roześmiał na kolejne słowa przyjaciela.
— Znajdź kogoś, kto da nam podwójny ślub. Jasne, wszystko się da załatwić za marginesem prawa... Ale to Giovanni. Cały czas mówimy o Giovannim... Na tyłek Merlina, sam chyba zapomniałeś, że cały czas mówimy o Giovannim. Czemu w ogóle wchodzisz w gadanie o takich bzdurach jak moje plany na mariaż? — Chociaż pierwotnie zaczął wypowiedź w sarkastycznym tonie, pod koniec wypłynęła z niej gorycz. — Ale w końcu to ja nie powinienem się zapominać, co nie? Zapomnij o tym wszystkim. — Machnął ręką. — Ja tu jestem nikim. Ale pomyśl o Giovannim. Z Geraldine u boku będzie mu znacznie lżej niż samemu. Przy żadnej innej kobiecie bym go nie zostawił. Tylko ona go ochroni, gdy sam nie będzie w stanie... Szczególnie przed samym sobą...
Jonathan wstał i schował ręce do kieszeni. Zdecydowanie za długo zajmował światło. Czas wypuścić Giovanniego, ale najlepiej zrobić to w komforcie własnej sypialni.
— Na mnie już czas. Nie daj się tym babom... ale jeśli już musisz, to znajdź sobie jakąś porządną. Nawet, jeśli miałoby to być tylko na jedną noc.
Skinął mu głową i ruszył do wyjścia.