Nie czuł się w pełni komfortowo w tej sytuacji, w jakiej, uwaga, postawił samego siebie. Zbierało się na to kilka zapewne nikogo nieinteresujących powodów, ale skoro takie prawo narratora - to i można się rozwlekać nad tematem. Była tutaj, no właśnie, osoba z Ministerstwa, polecona przez samego szefa departamentu (!!!), była łowczyni o niemałym charakterku i w końcu on - Atreus. Laurent nie bardzo wiedział, czy ma udawać, że się nic nie stało (a stało), czy jego "żarcik" był odpowiedni, czy... czy wszystko było na swoim miejscu. Chciał tym listem głównie pokazać, że może i stało się co stało, ale ciągle na niego liczy, że go potrzebuje, że mu ufa. Że Atreus może tutaj zaistnieć, być tego częścią. Mógł chociażby z Brenną, Patrickiem czy Victorią się jakoś tutaj ustawić i z którąś z tych osób podjąć te poszukiwania. A jednak nie było tak samo do końca, bo przynajmniej w sercu Laurenta tamta sytuacja się ciągle telepała zarówno poczuciem winy, jak i smutkiem... że Atreus to zrobił. Spoglądał przez moment na kuzyna, uśmiechnął się krótko, ciepło. Tak jakby ktokolwiek miał wątpliwości, czy akurat z tą osobą znali się bliżej, to raczej nie mogło być do tego wątpliwości. Jak zostało powiedziany, abstrahując od prywatnych koligacji, Laurent urodzonym liderem zdecydowanie nie był. Nawet jeśli miał charyzmę.
- Mam nadzieję, że przejście na "ty" się nam przysłuży, jeśli nie ma przeciwskazań. - Zwrócił się tutaj konkretnie do Sebastiana, bo z pozostałymi się po prostu znał. - Nie do końca można je "widzieć". - Tutaj ostrzegł od razu, żeby nie było wątpliwości. - Wszedłem z nimi w bezpośredni kontakt, co niekoniecznie było dość zdrowe. Ale przynajmniej potwierdziłem, że zaklęcie Patronusa działa. - Uśmiechnął się tutaj, przymykając na moment oczy, tak trochę... świadom, jak bardzo ryzykowne to było. Właściwie to bardziej ryzykowne niż stało się naprawdę. Bo poszedł tam wcale nie wiedząc, że to zadziała "naprawdę". - Prawdę mówiąc będę tutaj głównie polegał na Sebastianie. My będziemy. - Tak gdyby Sebatian na przykład zastanawiał się nad swoją rolą... tadaaam! Ta główna należała do niego. - Czy są rytuały odpędzające duchy, z czym się wiążą egzorcyzmy, czego potrzebujesz... ale przede wszystkim czy byłbyś w stanie dostrzec, czy rzeczywiście wywodzą się z Limbo, albo czy jest jakieś przejście, przez które na przykład nadal mogą przychodzić, albo które je z nim łączy? - Laurent może i wiedział, jak nawiązywać kontakt z duchami, ale cała ta reszta to... dla niego była niedostępna. - Tak, również chciałbym w pełni zebrać te informacje, przydałoby się też popytać o to dziennikarzy, są w końcu czuli na takie... - Nie dokończył, pokiwał głową na boki. Chyba było wiadomo, o co mu chodzi.
- Specjalistą od ujarzmiana stworzeń jest Geraldine. Natomiast podkreślę jeszcze raz niebezpieczeństwo tych stworzeń - nie jesteśmy w stanie z nimi walczyć. Szczególnie, że poruszają się w grupach. Wystarczy im chwila, żeby pochłonąć siły życiowe. Najważniejsze jest nasze bezpieczeństwo. - Bo naprawdę igranie z nimi, żeby je łapać... Laurent zakładał to, dlatego o tym wspomniał, ale to była raczej "opcja" niż faktycznie coś do pełnego osiągnięcia na tej wyprawie. - Ta wyprawa może być mniej ekscytująca, niż zakładacie. - Uśmiechnął się przepraszająco, bo nie to, że planował ich zanudzić, ale Laurent nie chciał pchać sie w sam środek lasu, żeby komuś się stało coś bardzo złego. - Mam nadzieję, że każdy z was ma gotowy sposób na ucieczkę. Gdyby było ich za dużo, nie próbujcie walczyć. Uciekajcie od razu. - Upewnił się, że to było zrozumiałe i ruszył w stronę, gdzie ponoć widma miały wyleźć. Sławetne miejsce, gdzie leżeli Zimni*. Laurent wyciągnął mapę, gdzie Brenna zaznaczyła mu wszystkie informacje - trupy, miejsca, gdzie widma były widziane, ale to nie były w większości dokładne dane. Tak i zaczął to pokazywać i tłumaczyć reszcie.
- Chciałbym zacząć od tego miejsca, skąd one... mogły wyjść. Zostawię to już w twoich rękach. - Zwrócił się do egzorcysty. Bo może osoba odpowiednia widziała więcej niż inni? Jeśli nie znalazłby nic - trudno. Przecież świat się nie zawali. Abraksan szedł przy boku Laurenta, kiedy ten podał mapę dalej, żeby każdy mógł wygodnie na nią spojrzeć. - Z tego, co wiem, to nie mają żadnej konkretnej trasy, poruszają się w różnych grupach... choć może mają, tylko jeszcze tej prawidłowości nie widzimy.
*jeśli dobrze jako gracz zrozumiałam z opisów