25.09.2023, 06:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.09.2023, 06:59 przez Brenna Longbottom.)
Atreus Bulstrode.
Wolałaby już chyba Chestera Rookwooda. (To znaczy jakaś jej część wolałaby widzieć tu Chestera Rookwooda, bo inna, jak zwykle, niedorzecznie cieszyła się na jego widok. Na szczęście dużo, dużo mniej niż w maju.)
Nie chciała go tu spotkać z wielu powodów. Zaczynając od tego, że w tej chwili naprawdę powoli się sypała i potrzebowała paru dni, by to pozbierać do kupy i działać dalej, a kończąc na najważniejszym: po przygodzie na statku była prawie pewna, że był albo aurowidzem, albo jasnowidzem. A takich osób powinna unikać jak morowej zarazy. Zwłaszcza teraz - gdy odzyskała względną równowagę po Beltane, na głowę po kolei spadła jej przygoda na statku, z historią pasażerów i Maddie, raniącą w niej coś bardzo, bardzo głęboko. Rozmowa z Dumbledorem, po której wciąż była trochę jak ogłuszona i wreszcie świeża żałoba po straconym przyjacielu.
- Cześć. Macie tutaj coś, co zostało z ich ubrań albo rzeczy, których używali? - powiedziała jednak tylko, lekkim tonem. Spróbowała się uśmiechnąć, chociaż kąciki warg tylko trochę uniosły się w górę, bo wiedziała, na co przyjdzie jej zaraz patrzeć. - Ruda, możesz się rozejrzeć albo zostać ze mną, jak wolisz. Chociaż to pewnie będzie bardzo nudne, zresztą sama wiesz.
Heather już dwukrotnie miała okazję widzieć, jak Brenna próbowała widmowidzenia. Właściwie trzykrotnie, jeśli liczyć ten moment, w którym na Nokturnie skryła się przed nią i Codym za kubłami na śmieci, by Brandon nie dostrzegł, co robi.
W domku pozostał płaszcz i szalik Catherine, wcześniej wiszące pewnie przy drzwiach - spadły na ziemię, pewnie gdzieś w okolicach momentu, w którym wysadzone zostały drzwi domu. Aurorzy mogli je łatwo znaleźć.
– Jak macie coś ważnego do zrobienia, nie potrzebuję asysty. Tylko wam tu trochę zadymię - oświadczyła Bulstrodowi, wędrując za nim do pomieszczenia, niewielkiego salonu, z którego schody wiodły na piętro, będące jednocześnie poddaszem. Ukryła dłonie w kieszeniach spodni, by nie zacisnąć ich w pięści, gdy zobaczyła poprzewracane meble, ślad po osmaleniu na ścianie i skierowała spojrzenie na miejsce, które oznaczono jako to, w którym znaleziono ciało.
Gdyby auror postanowił porobić w tym czasie coś innego – na przykład poszukać śladów w okolicy, bo może jednak coś przegapili, to byłoby z jej perspektywy idealnie. Nie lubiła używać widmowidzenia w czyjejś obecności, jeżeli tym ludziom w stu procentach. A teraz miała szczególne powody, by pozostać samą.
W końcu całkiem możliwe, że ktoś z tu obecnych aurorów był zaangażowany w sprawę. A z jej perspektywy: zdradził albo ktoś z zespołu aurorskiego, organizującego ochronę Catherine, albo ktoś z sądownictwa, kto miał dostęp do wszystkich informacji. Nie chciała uwierzyć, że był to Atreus, ale mogła to być choćby kręcąca się z tyłu aurorka i... cichy szept w głowie podpowiadał, że nawet nie musiał zdradzić... mógł porozmawiać z drogim kolegą Borginem, przecież też pracującym w Departamencie...
Nie zamierzała jednak naciskać, bo po prostu byłoby to podejrzane.
Wolałaby już chyba Chestera Rookwooda. (To znaczy jakaś jej część wolałaby widzieć tu Chestera Rookwooda, bo inna, jak zwykle, niedorzecznie cieszyła się na jego widok. Na szczęście dużo, dużo mniej niż w maju.)
Nie chciała go tu spotkać z wielu powodów. Zaczynając od tego, że w tej chwili naprawdę powoli się sypała i potrzebowała paru dni, by to pozbierać do kupy i działać dalej, a kończąc na najważniejszym: po przygodzie na statku była prawie pewna, że był albo aurowidzem, albo jasnowidzem. A takich osób powinna unikać jak morowej zarazy. Zwłaszcza teraz - gdy odzyskała względną równowagę po Beltane, na głowę po kolei spadła jej przygoda na statku, z historią pasażerów i Maddie, raniącą w niej coś bardzo, bardzo głęboko. Rozmowa z Dumbledorem, po której wciąż była trochę jak ogłuszona i wreszcie świeża żałoba po straconym przyjacielu.
- Cześć. Macie tutaj coś, co zostało z ich ubrań albo rzeczy, których używali? - powiedziała jednak tylko, lekkim tonem. Spróbowała się uśmiechnąć, chociaż kąciki warg tylko trochę uniosły się w górę, bo wiedziała, na co przyjdzie jej zaraz patrzeć. - Ruda, możesz się rozejrzeć albo zostać ze mną, jak wolisz. Chociaż to pewnie będzie bardzo nudne, zresztą sama wiesz.
Heather już dwukrotnie miała okazję widzieć, jak Brenna próbowała widmowidzenia. Właściwie trzykrotnie, jeśli liczyć ten moment, w którym na Nokturnie skryła się przed nią i Codym za kubłami na śmieci, by Brandon nie dostrzegł, co robi.
W domku pozostał płaszcz i szalik Catherine, wcześniej wiszące pewnie przy drzwiach - spadły na ziemię, pewnie gdzieś w okolicach momentu, w którym wysadzone zostały drzwi domu. Aurorzy mogli je łatwo znaleźć.
– Jak macie coś ważnego do zrobienia, nie potrzebuję asysty. Tylko wam tu trochę zadymię - oświadczyła Bulstrodowi, wędrując za nim do pomieszczenia, niewielkiego salonu, z którego schody wiodły na piętro, będące jednocześnie poddaszem. Ukryła dłonie w kieszeniach spodni, by nie zacisnąć ich w pięści, gdy zobaczyła poprzewracane meble, ślad po osmaleniu na ścianie i skierowała spojrzenie na miejsce, które oznaczono jako to, w którym znaleziono ciało.
Gdyby auror postanowił porobić w tym czasie coś innego – na przykład poszukać śladów w okolicy, bo może jednak coś przegapili, to byłoby z jej perspektywy idealnie. Nie lubiła używać widmowidzenia w czyjejś obecności, jeżeli tym ludziom w stu procentach. A teraz miała szczególne powody, by pozostać samą.
W końcu całkiem możliwe, że ktoś z tu obecnych aurorów był zaangażowany w sprawę. A z jej perspektywy: zdradził albo ktoś z zespołu aurorskiego, organizującego ochronę Catherine, albo ktoś z sądownictwa, kto miał dostęp do wszystkich informacji. Nie chciała uwierzyć, że był to Atreus, ale mogła to być choćby kręcąca się z tyłu aurorka i... cichy szept w głowie podpowiadał, że nawet nie musiał zdradzić... mógł porozmawiać z drogim kolegą Borginem, przecież też pracującym w Departamencie...
Nie zamierzała jednak naciskać, bo po prostu byłoby to podejrzane.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.