L u b i ł w niej to, że patrzyła prosto w oczy, bez kombinowania, bez szukania drogi ucieczki, odważnie i prowokująco. Że nie dała się spłoszyć ani zdominować, że bez wahania podejmowała wyzwanie, które jej rzucał i odpłacała się za każde jego szczeknięcie czy ugryzienie.
Mówiąc jej coś tak prywatnego, z pewnością czegoś się o niej dowiedział — o tej nowej Astorii, a nie tamtej nastolatce ze szkoły, bo przecież dzieciaki którymi kiedyś byli dawno już nie żyły, a za dorosłymi zajmującymi ich miejsce stały tajemnice i ciężar okrutnych kłamstw kolekcjonowanych przez te wszystkie lata.
Dowiedział się, że odkrycie fragmentu dla niej nie wystarczało. Ta informacja miała jej tylko służyć jako rąbek materiału, za który można tak po prostu chwycić i szarpnięciem odsłonić cały posąg skryty pod płachtą. Chciwie i bezczelnie przyglądać się temu, czego twórca nie planował pokazać, oceniać i krytykować. Ale to tak nie działało; nie w przypadku Logana, który o sobie mówił tylko kiedy chciał podzielić się jakąś sarkastyczną opinią, natomiast o swoich uczuciach zupełnie milczał. Co więc był odpowiedzią na jej pytanie? Jaka prawda kryje się pod rzuconą luźno informacją, że zaryzykował szczególnie i wyłącznie dla niej — gdyby Logan umiał albo chociaż chciał odpowiedzieć szczerze?
Sentyment? Pragnienie? Przecież on tych rzeczy już od dawna nie odczuwał.
Pożądanie? Mógł je zaspokoić z kimkolwiek.
— Nazwisko — odparł lakonicznie, tak jakby nie było żadnej innej opcji, jakby żadna możliwość ponad coś tak prozaicznego nie przemknęła mu chwilę temu przez głowę.
Tak, być może stało za tym coś więcej. Kiedy Astoria uniosła szklankę i piła w milczeniu, mężczyzna zastanawiał się nad swoją własną odpowiedzą, obracał możliwości w umyśle, nie nadając im jednak kształtu w słowach wypowiedzianych na głos. To, co chodziło mu po głowie było jeszcze zbyt nieokreślone i niedopracowane, zbyt pochopne. Nie mógł działać w ten sposób; nie mógł pozwolić, żeby tajemnicza, tak dziwnie znajoma aura Astorii na niego wpływała i zmuszała do działania pod wpływem impulsu.
Siedzieli w milczeniu, które pozornie mogło zdawać się ciężką kotarą, jaka zapadła między ich dwójką, ale w rzeczywistości była dla Logana bardzo przyjemna. Spojrzenie miał nieruchomo wbite gdzieś w okolice prawego policzka kobiety, jakby nieobecne, aż do momentu gdy Astoria się poruszyła. Zerknął kątem oka na jej dłoń znikającą we wnętrzu torebki i odruchowo się spiął, niczym drapieżnik gotowy do ataku. Nie wyciągnęła z niej różdżki — oczywiście, że nie — ale brzęczącą przyjemnie dla jego uszu sakiewkę.
Podniósł spojrzenie wprost na jej oczy, kiedy się odezwała.
A gdyby jednak?...
Nie patrząc już w dół, Logan sięgnął leniwie po sakiewkę, żeby zważyć ją w ręce, ale w ostatnim momencie się zawahał i zmienił zdanie. Położył dłoń na wierzchu jej dłoni, której kobieta jeszcze nie zdążyła cofnąć. W tym geście wyjątkowo nie było nic agresywnego ani brutalnego. Nic, co mogłoby przynieść Astorii dyskomfort tak jak wtedy, w mugolskim barze, kiedy chwycił ją za nadgarstek. Wciąż pamiętał tamto uczucie, ale miękkość obecnego dotyku zelektryzowała go od stóp do głów.
Teraz nie było już drogi powrotnej.
Zdał sobie sprawę, jak bardzo chciał to zrobić od samego początku — od tamtej grudniowej nocy rok temu.
Odepchnął się od miękkiego oparcia fotela, w którym dotychczas siedział głęboko zanurzony, wyprostował się i nachylił ponad stolikiem; wszystko to w jednym płynnym, zadziwiająco szybkim ruchu. Przechylił lekko głowę w bok i złączył ich usta w mocnym pocałunku, w który przelał cały ogrom tego powstrzymywanego dotąd pragnienia.
Jej wargi nie smakowały jak te, które zachował w pamięci z dawnych pocałunków.
Smakowały lepiej.
just wanna bury them