Czego Laurent Prewett zazdrościł tej czwórce mężczyzn, którzy zaraz wyjdą na parkiet do pojedynków? O zgrozo, a czego by im nie zazdrościć? Łatwiej byłoby chyba to wyliczyć, przy czym musiałby ich znać chociaż trochę lepiej, niż znał dotychczas. Bo znajomość z twarzy, a i nawet nie to do końca (sekundant Philipa był mu całkowicie obcy) było zawsze pewne. Pokiwał jednak tylko trochę głową na boki w odpowiedzi na to pytanie i uśmiechnął się. Byli przystojni. Odwagi im nie brakowało. Gotowi walczyć o swoją rację, dumę i honor rodziny. To wszystko składało się na bajkę o tych wielkich czarodziejach, którzy osiągali wszystko i mieli wszystko. Abstrakcyjną, rzecz jasna, ale każdy potrzebował jakichś ideałów. Laurent nawet uważał, że każdy potrzebował przy sobie kogoś, kto robił to, czym się zajmowałeś, lepiej od ciebie samego. To dzięki temu nie osiadałeś na laurach i przekonywałeś się, że zawsze można przekraczać swoje limity i dążyć do tego, żeby być lepszym. Chociażby po to, żeby tej drugiej osobie dorównać.
Laurent nie miał najlepszego mniemania o Lorettcie. W zasadzie to miał o niej całkiem kiepskie mniemanie, szczególnie, że znał tę historię (tego wydarzenia) z drugiej perspektywy. I też wątpił, żeby ten pojedynek o honor był naprawdę potrzebny... choć Philip swoje za uszami na pewno miał. W zasadzie większość takich wydarzeń była dla blondyna zbędna, ale zdawał sobie sprawę z tego, że był w zdecydowanej mniejszości i pewnie inaczej by śpiewał, gdyby też mógł się popisywać swoimi umiejętnościami na ringu. Tym nie mniej, na szczęście, bardziej niż skupiać się na Lorettcie wolał na Louvainie. I nie było nawet o to trudno, z tym, bo przyciągał wzrok.
- Dziękuję. - Zwrócił się do niego na otrzymany komplement. - Z tak piękną kobietą przy boku ciężko prezentować się jakkolwiek gorzej. - Ach, ach, posmarowane dla Victorii, ale tej Królowej Nocy nigdy akurat komplementów nie szczędził. Nie to, żeby je szczędził ogólnie. - I tak nic i nikt nie odwróci dzisiejszego wieczoru od ciebie, Louvainie i Atreusa. - Szczególnie wzroku dziewcząt. I co? Jak tu nie być zazdrosnym? Phi... - Dobry wieczór, Stanleyu. - Albo może już bracie krwi, z którym połączyło mnie wspólne samobójstwo? Teraz to już w zasadzie tak. - A teraz przepraszam na moment. Idę na przeszpiegi. - Tak zwane "kto wie, ten wie", że Laurent to był jak taki słodki, mały kotek, puchaty i niegroźny, którego nic tylko wziąć na kolanka. I potem już nawet nie mogłeś się podnieść, no bo jak, skoro kotek spał? Tak się właśnie usidlało ludzi. Skinął do Victorii, która zostawała w zdecydowanie dobrych rękach osób znanych i rodziny, a sam skierował się ku Philipowi.
- Philipie. - Zwrócił na niego swoją uwagę, uśmiechając się czarująco. - Dobry wieczór. - Tutaj już zwrócił się tak do Philipa tak i osób mu towarzyszących. Choociaż jego wzrok na dłuższy moment przyciągnął Bell. Ale to tylko na parę chwil, bo zaraz znów płynnie przechodził od jednego pana do drugiego. - Obiecałem zrobić przeszpiegi w obozie przeciwnym do Louvaina, więc oto jestem. - Zażartował, choć żeby ten żart czasem nie został odebrany źle przez towarzystwo to dodał płynnie zaraz po tym: - Dziękuję za zaproszenie, Philipie. Czuję się zaszczycony. - Tylko w zasadzie dlaczego musiało mu, z tego co widział, przypaść miejsce koło Vakela? I nie to, żeby coś było nie tak z samym mężczyzną, skądże znowu. Natomiast świadomość, że Edward Prewett zwariował i zaczął wysyłać listy na prawo i lewo (nie ma to jak troska ojca o syna, co?), tak i do niego ten list trafił... miał szczerą nadzieję, że ten list po prostu zaginął gdzieś w stosie wiadomości, wiatr go porwał, albo tajemniczo zniknął. I pozostanie jedną wielką niewiadomą, o co chodziło i chodzić może. - Chciałem jedynie życzyć powodzenia w pojedynku, nie wypada mi zostawiać towarzyszki na dłużej.