25.09.2023, 14:14 ✶
Męskie tematy nie były nigdy mocną stroną Bellamy’ego. Ogólnie nie przepadał za żadnymi tematami, które kojarzyły mu się z ojcem. Na szczęście Bell nigdy nie był zmuszany do uczestnictwa w tego typu konwersacjach, bo jako najmłodszy z synów państwa Dupont, miał najmniej do gadania. I bardzo mu to odpowiadało. Mógł zając się sprawami, które naprawdę go interesowały. Jak właśnie rośliny. Zielarstwo było jego największą pasją, której nie mógł się w żaden sposób wyzbyć. Jego wiedza na temat roślin okazała się również przydatna do eliksirów, z którymi radził sobie całkiem nieźle. W Londynie na szczęście mógł w całości oddać się swojej pasji, gdy pracował w sklepiku swojej babki.
Wracając jednak do Quidditcha… jedyną przyjemność, jaką osiągał, oglądając mecze, to widok przystojnych panów na miotłach. Ciężko było jednak dobrze im się przyjrzeć, więc przez większość czasu siedział, wpatrując się na latających w jedną i drugą stronę zawodników. Od czasu do czasu wykazując się udawaną ekscytacją. Czasami ktoś spadał, wtedy nie trzeba było niczego udawać.
Philipa oczywiście kojarzył, głównie z opowieści ojca, bo chociaż nie był on fanem żadnej brytyjskiej drużyny, to obserwował poszczególnych zawodników. No i pomimo poznania tożsamości mężczyzny i kilku zdawkowych informacji, które zdążył o nim usłyszeć, nie miał zielonego pojęcia, z kim miał do czynienia. A lubił znać osoby, z którymi rozmawia, głównie z tego powodu, że nie ufał każdemu, a to powodowało, że czuł się wyjątkowo skrępowany. Zaczął się również zastanawiać, czemu ojciec postanowił pozostawić go w tej sytuacji, wiedząc, do czego Bell był zdolny.
– Może być Bell – powiedział, uśmiechając się kącikiem ust. Co prawda określenie to było zarezerwowane jedynie dla najbliższych przyjaciół, ale tych nie miał za dużo. Dodatkowo on sam również nie przepadał za stosowaniem zbyt oficjalnego języka. Był dla niego niezwykle sztuczny, bo wymagał grzeczności nawet względem osób, którymi się gardziło. – Cieszę się, słyszałem o twoich wyjątkowych wymaganiach, i zastanawiałem się, czy aby na pewno wszystko zostało przygotowane tak, jak oczekiwałeś – powiedział. Wymagania jak wymagania, każdy miał swoje dziwactwa i Bell jak najbardziej to rozumiał. Bardziej interesowało go to, czy rzeczywiście wszystko było przygotowane tak, jak powinno, skoro on sam miał nadzorować przygotowania pokoi dla gości. Na szczęście Dupontowie nie zaprosili do dworku zbyt wiele osób, a jedynie nieliczne grono szczęśliwców. Nie było więc dużo pracy, by wszystkiego przypilnować. Bellamy cieszył się jednak, że miał coś do zrobienia.
– Koniecznie zarezerwuj czas na spacer po polach lawendy, widok na pewno cię nie rozczaruje – zaproponował. Był przekonany, że Philipowi się to spodoba. Ogólnie jeśli chodzi o naturę i piękne widoki, to dworek nie mógł zostać zbudowany w lepszym miejscu. Ciężko było o znalezienie bardziej urokliwej lokalizacji.
– Całkiem nieźle się ukrywam, lubię spokój – powiedział, chociaż nie było to do końca prawdą. Owszem lubił spokój, ale nie ukrywał się. To jego rodzina decydowała, że lepiej będzie, jak chłopak pozostanie w ukryciu, żeby nie narobić problemów. Nie winił ich. Wiedział przecież, co mogłoby się stać i jakie konsekwencje mogłoby to przynieść nie tylko rodzinie, ale i jemu samemu. – Nie jestem typem sportowca, ale fotografia brzmi już dużo ciekawiej… koniecznie musisz udać się na nasze łąki, na pewno się nie zawiedziesz. Co lubisz fotografować najbardziej? – zapytał, odstawiając pusty kieliszek na stolik. Znacznie się ożywił, gdy tylko została wspomniana fotografia. – Lubię zielarstwo – odpowiedział szybko. – Jutro mam zamiar udać się na spacer i zebrać kilka lokalnych roślin, zapraszam, jeśli zechcesz mi towarzyszyć – zaproponował.
Wracając jednak do Quidditcha… jedyną przyjemność, jaką osiągał, oglądając mecze, to widok przystojnych panów na miotłach. Ciężko było jednak dobrze im się przyjrzeć, więc przez większość czasu siedział, wpatrując się na latających w jedną i drugą stronę zawodników. Od czasu do czasu wykazując się udawaną ekscytacją. Czasami ktoś spadał, wtedy nie trzeba było niczego udawać.
Philipa oczywiście kojarzył, głównie z opowieści ojca, bo chociaż nie był on fanem żadnej brytyjskiej drużyny, to obserwował poszczególnych zawodników. No i pomimo poznania tożsamości mężczyzny i kilku zdawkowych informacji, które zdążył o nim usłyszeć, nie miał zielonego pojęcia, z kim miał do czynienia. A lubił znać osoby, z którymi rozmawia, głównie z tego powodu, że nie ufał każdemu, a to powodowało, że czuł się wyjątkowo skrępowany. Zaczął się również zastanawiać, czemu ojciec postanowił pozostawić go w tej sytuacji, wiedząc, do czego Bell był zdolny.
– Może być Bell – powiedział, uśmiechając się kącikiem ust. Co prawda określenie to było zarezerwowane jedynie dla najbliższych przyjaciół, ale tych nie miał za dużo. Dodatkowo on sam również nie przepadał za stosowaniem zbyt oficjalnego języka. Był dla niego niezwykle sztuczny, bo wymagał grzeczności nawet względem osób, którymi się gardziło. – Cieszę się, słyszałem o twoich wyjątkowych wymaganiach, i zastanawiałem się, czy aby na pewno wszystko zostało przygotowane tak, jak oczekiwałeś – powiedział. Wymagania jak wymagania, każdy miał swoje dziwactwa i Bell jak najbardziej to rozumiał. Bardziej interesowało go to, czy rzeczywiście wszystko było przygotowane tak, jak powinno, skoro on sam miał nadzorować przygotowania pokoi dla gości. Na szczęście Dupontowie nie zaprosili do dworku zbyt wiele osób, a jedynie nieliczne grono szczęśliwców. Nie było więc dużo pracy, by wszystkiego przypilnować. Bellamy cieszył się jednak, że miał coś do zrobienia.
– Koniecznie zarezerwuj czas na spacer po polach lawendy, widok na pewno cię nie rozczaruje – zaproponował. Był przekonany, że Philipowi się to spodoba. Ogólnie jeśli chodzi o naturę i piękne widoki, to dworek nie mógł zostać zbudowany w lepszym miejscu. Ciężko było o znalezienie bardziej urokliwej lokalizacji.
– Całkiem nieźle się ukrywam, lubię spokój – powiedział, chociaż nie było to do końca prawdą. Owszem lubił spokój, ale nie ukrywał się. To jego rodzina decydowała, że lepiej będzie, jak chłopak pozostanie w ukryciu, żeby nie narobić problemów. Nie winił ich. Wiedział przecież, co mogłoby się stać i jakie konsekwencje mogłoby to przynieść nie tylko rodzinie, ale i jemu samemu. – Nie jestem typem sportowca, ale fotografia brzmi już dużo ciekawiej… koniecznie musisz udać się na nasze łąki, na pewno się nie zawiedziesz. Co lubisz fotografować najbardziej? – zapytał, odstawiając pusty kieliszek na stolik. Znacznie się ożywił, gdy tylko została wspomniana fotografia. – Lubię zielarstwo – odpowiedział szybko. – Jutro mam zamiar udać się na spacer i zebrać kilka lokalnych roślin, zapraszam, jeśli zechcesz mi towarzyszyć – zaproponował.