Rozumiał ją doskonale. Bronił się w końcu również. Może nie tak samo, może niekoniecznie obudowując się identycznym murem, bo i tak ten by co chwilę kruszył się, ale chował elementy siebie samego w ciemnych zaułkach i zakamarkach, żeby nie były w zasięgu ręki każdego, kto się zbliżył. Potrzebował tej bliskości jak powietrza. Nie było to zdrowe, kiedy tak się nad tym zastanawiał z perspektywy czasu, w zasadzie było całkowicie popaprane, ale w poszukiwaniu odpoczynku od dnia codziennego ludzie robili różne rzeczy. Niemoralne rzeczy. A potem uśmiechali się i wyglądali jak co dzień - idealne córki, idealni chłopcy poszukujący swojej żony. Wspaniała możliwość stania się kimś innym, tym 'prawdziwym sobą' zazwyczaj gościła tylko w pustych czterech ścianach domu. Przed każdym niemal prezentowało się jakąś swoją twarz. Laurent miał osoby, przy których bardzo się rozluźniał, nie bał pokazywać swoich słabości, czy nie wyjść "idealnie", jak chciał siebie samego sprzedać społeczeństwu, jaki obraz chciał przedstawić. Nora była jedną z takich osób, przy której czuł się bardzo swobodnie. To, że czuli się ze sobą dobrze i swobodnie nie znaczyło jeszcze, że mieli burzyć mury czy wyciągać te ponure brudy spod szafy. Takim sposobem czasem czyjaś obecność wystarczyła, a niekiedy ta obecność tylko mocniej popychała do czegoś nieprzyjemnego i tragicznego. Kiedy ta osoba była i wiązałeś z nią emocje, jakich nie była w stanie odwzajemnić. Oj tak, pilnowanie się przy mężczyznach było bardzo mądrym krokiem, droga Norko.
Mogli sobie chyba wzajem zazdrościć, bo Laurent i gotowanie? Niekoniecznie szło to ze sobą w parze. Może nie był beztalenciem, tak samo jak z eliksirami, ale żeby coś dobrze uwarzyć? Nie. Ugotować? Niby się da, ale nigdy nie gotował, nie było potrzeby! Otaczali go służący i skrzaty domowe, które spełniały każdą zachciankę. W końcu pani dorastał w przepychu. Laurent uważał, że zazdrość nie była zła, dopóki nie pchała cię do złych wniosków i czynów. Póki jej nie pielęgnowałeś i nie pozwalałeś jej zgnić. Zazdrość często mieszała się z podziwem. "Też bym tak chciał". To 'też bym tak chciał' czasami pozwalało przekraczać własne granice, a innym razem było wzdychaniem do czegoś, po co nawet nie sięgałeś. I nie było to nic złego. Robiło się złe, kiedy zamiast oddawać się takim emocjom nagle dochodziłeś do wniosku, że on nie będzie mieć - bo ja nie mam. Przeradzało się to w jakąś gorycz i obrzydliwą zazdrość, żeby szarpać, czego sam nie masz, miast skupić się na tym, jak pięknie to wyglądało na ustach, sercach czy dłoniach innych.
- Właśnie o to mi chodzi, Noro. Jesteś cukierniczką, wiem, że wkładasz dłoni w politykę. - To znaczy w sumie nie wiedział, bo skąd? Zakon Feniksa kwitł, ale poza oczami przeciętnych śmiertelnych takich jak on. I tak się... szarpał Laurent z tym. Ale wierzył, że nie jest sam. - Walczę o to, żeby aurorzy i brygadziści mieli dostęp do białej magii. Nie tylko ze względu na knieję, gdzie pojawiły się istoty, na które działa zakazany do używania prawem Patronus. Również ze względu na to, że obrzydliwy wróg, który nie boi się pokazywać swoich kolorów, używa wszystkich sztuczek, ale aurorzy i brygadziści mają często związane ręce... - I o co chodziło? Ano nie o to, że chciał Norę wciągnąć w wielką walkę. Choć i tak miał poczucie, że może prosić ją o zbyt wiele. - Potrzebuję pomocy. W budowaniu świadomości ludzi, co się dzieje i poparcia ich. Ministerstwo jest... bardzo toporne jeśli chodzi o zmiany. - Już sprawa Grindelwada to pokazała. Uparci urzędnicy... albo odpowiednie koneksje wroga wewnątrz. Któż mógł powiedzieć? W końcu Laurent też tam nie pracował. - Osoby dbające o nasze bezpieczeństwo nawet nie mogą do końca bronić samych siebie... przecież to jest... chore... - Opuścił nieco wzrok na blat, mówiąc to ze smutkiem i jakimś napięciem, które od niego rezonowało. To przez gniew. Przez tą niesprawiedliwość, że Voldemort istniał, miał się dobrze, a uczciwi ludzie musieli jakoś prząść tę codzienność.