— To nawet urocze, że sądzisz, że sama moja obecność tutaj kogokolwiek powstrzyma — skomentował, uśmiechając się pod nosem. — Gdyby w obecności Brygadzistów i Aurorów napaści i przestępstwa przestawały się dziać, to żylibyśmy dzisiaj w dużo spokojniejszym świecie. — Zamilkł na dłuższą chwilę, orientując się, że nie były to raczej słowa, które chciał usłyszeć Nott. — Ale tak, będę wypatrywał niebezpieczeństwa. Tak na wszelki wypadek.
Młody Lestrange ma pewnie bardzo podobną strategię, pomyślał przelotnie. Trudno było o coś prostszego. Obrona i atak. Atak i obrona. Może Erik za bardzo przywykł do tego, jak wyglądała prawdziwa walka? Na otwartym polu nikt nie przejmował się standardami klubu pojedynków, czy grą fair-play. Każdy chwyt był dozwolony, zwłaszcza jeśli w grę wchodziła ochrona własnego zdrowia i życia. W takich chwilach jakiekolwiek konwenanse pojedynkowe schodziły na dalszy plan, ustępując miejsca instynktowi i kreatywności czarodziejów. A wtedy sytuacja stawała się dużo bardziej niepewna.
— Kto wie, może Louvain wypije wystarczająco dużo szampana, że zwali się z areny po pierwszej rundzie — mruknął Erik. Osobiście wolał nie sięgać po żadne napitki, dopóki była szansa, że będzie musiał wkroczyć do działania. Gawiedź pewnie byłaby uradowana, gdyby dwójka czystokrwistych czarodziejów zaczęła się po pijanemu tłuc przed publicznością, jednak akurat Longbottom nie miał w planach urzeczywistnić tych fantazji. — Najlepiej znasz swoje możliwości, Philipie. Oby wyszło dziś na twoje.
Błądził wzrokiem po widowni, jednak dalej nie był w stanie wypatrzeć Malfoya. Żadnego. Wprawdzie wysłał Elliotowi osobiste zaproszenie, jednak podejrzewał, że Eden również może się tutaj zjawić. Bądź co bądź, ten spór też jej pośrednio dotyczył. William wywodził się od Lestrange'ów. Na pewno miał jakąś opinię na temat pojedynku Louvaina z Philipem. W każdym razie Erik z niejakim zaniepokojeniem odnotował fakt, że wśród widowni nie dostrzegł blond czupryn swych ulubionych arystokratów.
— I dobrze obstawiasz — przyznał, potwierdzając dodatkowo przypuszczenia Philipa skinieniem głowy. — Grałem przez kilka lat na pozycji obrońcy w Gryffindorze. — Oczy mu na moment rozbłysły, gdy zalała go fala wspomnień ze szkolnych treningów. — Nie zazdroszczę. Szkolne rozgrywki to jedno, ale na prawdziwym boisku musi być jeszcze bardziej zaciekle. Poza tym, większa konkurencja, to i większa presja.
Chociaż w czasie nauki w Hogwarcie zdarzało mu się mimowolnie fantazjować, co by było, gdyby udało mu się przebić do ligi, tak obecnie nie miał złudzeń, że nie nadawałby się do takiego życia. Gdy był jeszcze nastolatkiem, sport był jedynie hobby. W ostateczności wizytówką, która mogłaby pomóc mu w podniesieniu własnego statusu, gdyby, Gryffindorowi udałoby się zdobyć puchar w danym roku. Ale przekuć codzienne zainteresowania w pracę? To byłoby na swój sposób straszne.
Czy poza paroma relacjami ze znajomymi z drużyny i kilkoma trikami zostało w nim coś z gracza quidditcha? Cóż, latanie na miotle nie sprawiało mu problemów, czy to w ramach zwykłego podróżowania, czy bardziej... angażujących aktywności pokroju podniebnego pościgu w ramach pełnienia obowiązków służbowych. Prawda była taka, że nie miał za bardzo okazji do tego, aby podtrzymywać to hobby, nie licząc paru rozgrywek z krewniakami czy sąsiadami, które były iście podwórkowe.
Zmarszczył brwi, gdy do ich grona dopchał się nieznajomy mu chłopak. Automatycznie przesunął się nieco na przód, co by w razie potrzeby odgrodzić nieznajomego od Notta. Wolał nie doprowadzić do jakiejś scysji kolegi z natarczywym fanem lub wywrotowcem wysłanego przez Lestrange'a. Rysy twarzy Erika nieco złagodniały, gdy okazało się, że był to przyjaciel Philipa.
— Miło poznać. — Wykrzywił kąciki ust w lekkim uśmiechem, uważnie obserwując tłumek zebrany za Dupontem. Skoro miał mieć oczy dookoła głowy, to na tą chwilę powinien zwrócić uwagę na gości. Louvain i Atreus byli pewnie równie mocno zajęci witaniem swoich gości, co i oni. — Znacie się ze szkoły?
Zerknął kątem oka na Bellamy'ego, jakby próbował dopasować jego twarz do jakiegoś wydarzenia. Wydawał mu się zupełnie obcy, ale czy faktycznie musiał taki być? Jeśli pracował w Ministerstwie Magii, to była całkiem spora szansa, że ich ścieżki już się kiedyś przecięły. A jeszcze większa, jeśli chłopak wylądował na którymś z bankietów dla czarodziejów czystej krwi.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞