25.09.2023, 16:35 ✶
- Baw się grzecznie i szybko wracaj do mamy - rzuciła Brenna do Heather.
Wood rozglądając się mogła zauważyć z pewnością to samo, co aurorzy: Jason nie poddał się bez walki. Być może towarzyszyła mu w tej Catherine. Z pewnością doszło do wymiany ognia, ale tylko na parterze. Porozwalane meble, ślady ma ścianach, to wszystko wskazywało na zaciętą walkę. Na górze nie było oznak starcia, ale z pewnością przeszukano pokoje na poddaszu. Heather nie mogła być pewna, czy zrobili to śmierciożercy, czy aurorzy, chociaż sądząc po panującym tu bałaganie, raczej ci pierwsi. Biuro dokonywałoby pewnie przeszukań bardziej metodycznie i nie działaliby w tak wielkim pośpiechu. Odnotowała też, że na podłodze leży kobiecy, domowy pantofel z niebieskim wzorem... tylko jeden. Czyżby drugi miała na sobie Catherine w momencie ataku? To by wskazywało, że nie było jej na dole w chwili napaści albo zdążyła wbiec na górę. W oczy rzuciła się jej także pocztówka, przedstawiająca jakieś miasteczko. Była stara i zaadresowana do Jasona, a sądząc po tym, że obok leżała książka, Catherine lub Jase używał jej jako zakładki.
Podpisano ją imieniem Jonathan.
Poza tym nie zauważyła niczego więcej, co wydawałoby się interesujące.
- Szalik będzie dobry, skoro był na dole - stwierdziła tylko Brenna, wyciągając świece. Nie próbowała się kłócić, bo była aż nadto świadoma, że to wzbudzi podejrzenia. Chociaż w życiu nie spodziewałaby się tych odnośnie przynależności do śmierciożerców - zważywszy choćby na to, że rok temu sprowadziła za rękę do domu Brygadzistę mugolaka, którego z Erikiem dosłownie wyrwali z rąk naśladowców - to... nie narzekałaby ani trochę, gdyby się o nich dowiedziała. Atreus Bulstrode nie miał obowiązku jej ufać, a gdyby wspomniał kolegom śmierciożercom, że Brenna tylko udaje miłą i prawdopodobnie po cichu utrudnia chwytanie sług ciemnej strony, Zakon mógłby tylko na tym zyskać. Może ktoś byłby tak szalony, by spróbować ją zwerbować? To byłoby lepsze niż Gwiazdka. Śmierciożerca pod choinkę, w sam raz by się go pozbyć bądź zaciągnac do Azkababu, idealny prezent. - Zacznę tutaj, gdzie zginął. Dam sobie z nimi radę - stwierdziła, przykucając i rozkładając świece.
Też była zmęczona. Paskudnym rodzajem zmęczenia dotyczącego umysłu, nie ciała. Do braku snu i pędzenia do przodu już się przyzwyczaiła, ale teraz przytłaczały ją ciężar odpowiedzialności i świeży żal. Przywiązywała się do ludzi łatwo i czasem trochę za bardzo, a Jasona bardzo prosto było obdarzyć uczuciem, zwłaszcza kiedy uciekałeś z nim prosto spod paru kedavr. Był jej przyjacielem i żałoba tych pierwszych godzin zdawała się nie mniej intensywna niż ta za wujem.
Machnęła różdżką, odpalając świece i weszła do kręgu, by w nim przyklęknąć. Palce zacisnęła na szaliku, opuściła głowę, niby przypatrując się przedmiotowi, na którym zaciskała palce... Ale tak naprawdę po prostu nie chciała, by Auror widział jej twarz, gdy będzie patrzyła na śmierć Jonathana Meadowesa.
Wood rozglądając się mogła zauważyć z pewnością to samo, co aurorzy: Jason nie poddał się bez walki. Być może towarzyszyła mu w tej Catherine. Z pewnością doszło do wymiany ognia, ale tylko na parterze. Porozwalane meble, ślady ma ścianach, to wszystko wskazywało na zaciętą walkę. Na górze nie było oznak starcia, ale z pewnością przeszukano pokoje na poddaszu. Heather nie mogła być pewna, czy zrobili to śmierciożercy, czy aurorzy, chociaż sądząc po panującym tu bałaganie, raczej ci pierwsi. Biuro dokonywałoby pewnie przeszukań bardziej metodycznie i nie działaliby w tak wielkim pośpiechu. Odnotowała też, że na podłodze leży kobiecy, domowy pantofel z niebieskim wzorem... tylko jeden. Czyżby drugi miała na sobie Catherine w momencie ataku? To by wskazywało, że nie było jej na dole w chwili napaści albo zdążyła wbiec na górę. W oczy rzuciła się jej także pocztówka, przedstawiająca jakieś miasteczko. Była stara i zaadresowana do Jasona, a sądząc po tym, że obok leżała książka, Catherine lub Jase używał jej jako zakładki.
Podpisano ją imieniem Jonathan.
Poza tym nie zauważyła niczego więcej, co wydawałoby się interesujące.
- Szalik będzie dobry, skoro był na dole - stwierdziła tylko Brenna, wyciągając świece. Nie próbowała się kłócić, bo była aż nadto świadoma, że to wzbudzi podejrzenia. Chociaż w życiu nie spodziewałaby się tych odnośnie przynależności do śmierciożerców - zważywszy choćby na to, że rok temu sprowadziła za rękę do domu Brygadzistę mugolaka, którego z Erikiem dosłownie wyrwali z rąk naśladowców - to... nie narzekałaby ani trochę, gdyby się o nich dowiedziała. Atreus Bulstrode nie miał obowiązku jej ufać, a gdyby wspomniał kolegom śmierciożercom, że Brenna tylko udaje miłą i prawdopodobnie po cichu utrudnia chwytanie sług ciemnej strony, Zakon mógłby tylko na tym zyskać. Może ktoś byłby tak szalony, by spróbować ją zwerbować? To byłoby lepsze niż Gwiazdka. Śmierciożerca pod choinkę, w sam raz by się go pozbyć bądź zaciągnac do Azkababu, idealny prezent. - Zacznę tutaj, gdzie zginął. Dam sobie z nimi radę - stwierdziła, przykucając i rozkładając świece.
Też była zmęczona. Paskudnym rodzajem zmęczenia dotyczącego umysłu, nie ciała. Do braku snu i pędzenia do przodu już się przyzwyczaiła, ale teraz przytłaczały ją ciężar odpowiedzialności i świeży żal. Przywiązywała się do ludzi łatwo i czasem trochę za bardzo, a Jasona bardzo prosto było obdarzyć uczuciem, zwłaszcza kiedy uciekałeś z nim prosto spod paru kedavr. Był jej przyjacielem i żałoba tych pierwszych godzin zdawała się nie mniej intensywna niż ta za wujem.
Machnęła różdżką, odpalając świece i weszła do kręgu, by w nim przyklęknąć. Palce zacisnęła na szaliku, opuściła głowę, niby przypatrując się przedmiotowi, na którym zaciskała palce... Ale tak naprawdę po prostu nie chciała, by Auror widział jej twarz, gdy będzie patrzyła na śmierć Jonathana Meadowesa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.