25.09.2023, 17:03 ✶
- Wiem - przyznała Florence. Zdawała sobie sprawę z tego, że czasem brat patrzy nie na nią, a na jej aurę i... chyba nijak jej to nie poruszało. Może przez to, że ten dar płynął we krwi ich rodu i po prostu przywykła. Może, bo Florence nie uważała, że ma coś do ukrycia. A przynajmniej nie to, co jeden brat mógłby dostrzec w jej emocjach, a drugi w przyszłości. Jeszcze nie, bo mogło się to zmienić i to już wkrótce. Zresztą jej aura zapewne była jedną z najstabilniejszych, jakie Atreus miał okazję widzieć, bo nagłym zmianom ulegała głównie wtedy, gdy odkrywała, że ktoś poprzestawiał jej eliksiry w szafce.
- To nie jest trywialne. W samej naturze ludzi leży tęsknota do słońca i ciepła. A ty nosisz w sobie energię limbo, pozostając żywym. Nic dziwnego, że wszystko w tobie się przeciwko temu buntuje.
Jego chłód, chłód ich obu, doskwierała i jej. Bardziej niż chciałaby przyznać. Ujęła dłoń Patricka, bo tego potrzebował i uścisnęła rękę Atreusa, bo zdawało się jej, że i jemu potrzeba tego gestu. Robiła to, bo chciała i bo ich kochała, ale to zimno było nienaturalne i będąc medyczką nie umiała tego w zupełności zignorować.
- Nie masz obowiązku dorastać do jego oczekiwań, Atreusie. Ja też go nie mam i nie próbuję, bo wiem, że nigdy nie stanę się tym, kim jestem w jego oczach - powiedziała spokojnie, wciąż spoglądając w twarz brata. Wyraz twarzy miała poważny, chociaż gdzieś pod nim czaiło się zmartwienie. O nich obu. O Atreusa i Laurenta. - Ale chyba sam wiesz, że to nie był powód, by go atakować. Pamiętaj proszę, że jeden raz to błąd. Dwa razy to moment, w którym błąd zamienia się w regułę.
Mogła wybaczyć mu te wszystkie drobne i mniej drobne bójki, te wybuchające z powodów słusznych i te, w których po prostu nie opanował gniewu. Mogła wybaczyć i ten atak na Laurenta, bo kochała go dostatecznie mocno i widziała wyraźnie, jak bardzo się miota. Ale istniały granice, zza których nie było już powrotu. I tak, zapewne wiedział, że nie postąpił właściwie, ale to czasem nie wystarczało. Nie zamierzała może krzyczeć na niego, jak na niegrzecznego, małego chłopca, nie przywykła jednak w takich sytuacjach zachowywać milczenia.
- To nie jest trywialne. W samej naturze ludzi leży tęsknota do słońca i ciepła. A ty nosisz w sobie energię limbo, pozostając żywym. Nic dziwnego, że wszystko w tobie się przeciwko temu buntuje.
Jego chłód, chłód ich obu, doskwierała i jej. Bardziej niż chciałaby przyznać. Ujęła dłoń Patricka, bo tego potrzebował i uścisnęła rękę Atreusa, bo zdawało się jej, że i jemu potrzeba tego gestu. Robiła to, bo chciała i bo ich kochała, ale to zimno było nienaturalne i będąc medyczką nie umiała tego w zupełności zignorować.
- Nie masz obowiązku dorastać do jego oczekiwań, Atreusie. Ja też go nie mam i nie próbuję, bo wiem, że nigdy nie stanę się tym, kim jestem w jego oczach - powiedziała spokojnie, wciąż spoglądając w twarz brata. Wyraz twarzy miała poważny, chociaż gdzieś pod nim czaiło się zmartwienie. O nich obu. O Atreusa i Laurenta. - Ale chyba sam wiesz, że to nie był powód, by go atakować. Pamiętaj proszę, że jeden raz to błąd. Dwa razy to moment, w którym błąd zamienia się w regułę.
Mogła wybaczyć mu te wszystkie drobne i mniej drobne bójki, te wybuchające z powodów słusznych i te, w których po prostu nie opanował gniewu. Mogła wybaczyć i ten atak na Laurenta, bo kochała go dostatecznie mocno i widziała wyraźnie, jak bardzo się miota. Ale istniały granice, zza których nie było już powrotu. I tak, zapewne wiedział, że nie postąpił właściwie, ale to czasem nie wystarczało. Nie zamierzała może krzyczeć na niego, jak na niegrzecznego, małego chłopca, nie przywykła jednak w takich sytuacjach zachowywać milczenia.