Wątek życia (lub jego braku) jawił się bardzo interesująco... i niestety obiecująco. Ale myśl o tym, że mógł nie żyć, nie potrafiła przebić się do pełnej świadomości. Jedną tragedię stanowiło zbudzenie się po pięćdziesięciu latach, kolejną podejrzenie bycia uprowadzonym, a już zupełnie nie do zaakceptowania mógł być fakt bycia martwym.
Zgodnie z przypuszczeniami Heather, Ururu odsunął się na zbliżenie głowy.
— Nie trzeba. — Przyłożył dwa palce do wewnętrznej strony nadgarstka... później wsunął dłoń pod rękaw by sprawdzić kolejne miejsce. — Jestem zdecydowanie żywy, ale bardzo osłabiony — stwierdził z dużym przekonaniem, które wstrzyknął mu przerażony umysł, gdyż prawda była taka, że puls był ledwo wyczuwalny. A na to świadomość nie mogła sobie pozwolić.
— Tak. — Odpowiedział na cały ogrom jej pytań jednym słowem. Nie miał absolutnie niczego, nawet pomysłu na kolejny krok. Musiał odpocząć, ochłonąć i zastanowić się na nowo, co ze sobą zrobić.
Lord Voldemort był niesamowitym źródłem odwrócenia uwagi od sytuacji. Oto mógł skupić swe myśli na czymś, co dało się pojąć. Pomijając samą istotę sprawy, którą Markiz uznawał za głupotę nie do pojęcia.
— Ciężko uwierzyć, że przez tyle lat nic się nie zmieniło — stwierdził odwracając stronę, by dobrać się do całego artykułu. — Tylko ten czym zasłużył sobie na tak obszerną zmiankę w Proroku?
Pierwsze słowa wstępu wiele wyjaśniły, chociaż na tym etapie czarodzieje dobrze wiedzieli kim był Lord Voldemort i wielkie introdukcje nie były potrzebne.
— Oh. Czyli on chce sobie stworzyć nową hierarchię z mugolami i mugolakami jako tymi gorszymi. Jakież to naiwne — powiedział ten, który chciał połączyć świat czarodziejski z mugolskim. — Przecież czystokrwistych czarodziejów jest garstka i sami się wybiją chowem wsobnym. Nie rozumiem. Po co oni w ogóle tu o nim piszą?
Ururu absolutnie pominął akapit o wszelkich tragediach dokonanych przez Śmierciożerców. Ale na szczęście miał Heather, która mogła go trochę uświadomić.