Giovanni naturalnie podchodził do wszystkich z dystansem. Opływał życzliwością i ściskaniem dłoni, ale emocjonalnie był za barierką bezpieczeństwa. Nie dopuszczał do siebie ludzi. Tłumaczył to sobie swoją przypadłością. Nie chciał, by wiele ludzi wiedziało o Jonathanie. Ale tak naprawdę nie o to tu chodziło. Bo przecież Jonathan nie pojawił się bez powodu, ale Gio nie mógł poradzić sobie z przeszłością.
Bliskość nie kojarzyła mu się dobrze. Nawet jeśli tak bardzo pragnął, by Kim usiadła jeszcze bliżej, by mógł ją objąć ramieniem, to jednocześnie napawało go to jakiegoś rodzaju odrazą, lękiem. Podczas każdej podróży z nią dbał o odpowiednie wyposażenie, ale jednak i tak zmuszani byli dzielić jeden namiot kilkukrotnie. To były dla niego nieprzespane noce.
— Oczywiście, że chcę! — odpowiedział szybko. Zbyt szybko i zbyt zachłannie. Zarumienił się. Żałował, że nie obrócił tego w żart, jak to zwykle robił. Zazwyczaj to była jego taktyka działania. Utrzymywanie wszystkiego na lekkim poziomie. Miło i wesoło. Z dala od głębokich uczuć.
Spuścił wzrok. Była tak blisko. Czuł na sobie jej ciepły oddech.
— Wybacz, ale dobrze wiesz, że nie mogę się w pełni rozluźnić, gdy w kraju trwa wojna — odpowiedział. — Przepraszam, że psuję ci tym wyjazd. Ale to się w końcu skończy, obiecuję...[a/]
[a]Spojrzał jej w twarz. Była jego słońcem. Jej promienie niszczyły mroki jego umysłu. Rozpraszały chmury, prostowały drogi i zatrzymywały czas. Mógł teraz to zrobić. Porwać ją w objęcia i przelać wszystkie emocje w pocałunku. Przez sekundę faktycznie chciał to zrobić... Ale nie mógł. Był na celowniku Śmierciożerców. Był zbyt rozpoznawalny. Narażał najbliższych. Mieszkał w kraju spowitym wojną. Miał swoje niebezpieczne obowiązki. Był dziwadłem mieszczącym w sobie drugą osobę.
Patrzył więc na nią spojrzeniem pełnym smutku. Tonął w nim więc, a rozpaczliwe krzyki o pomoc były nieme.