25.09.2023, 22:02 ✶
– Może czytałam za dużo mugolskiej literatury, ale taka „brama” brzmi mi jak „brama do zaświatów albo piekielnych wymiarów lub czegoś strasznego, gdzie jest pełno dziwnych rzeczy, na przykład barłogów” – powiedziała Brenna, wsuwając różdżkę z powrotem do kieszeni. Ale wciąż kurczowo zaciskała na niej palce, dłoń pozostała w kieszeni razem z magicznym patykiem. Żywi wchodzący do Limbo. Przedziwne, nieznane nikomu istoty, panoszące się po Kniei. Drzewa rosnące do góry nogami. Chłód śmierci w ciałach żywych. Mugole dostrzegający księżyc i słońce na niebie.
Jakby nie mieli wystarczająco dużo problemów ze śmierciożercami.
Czasem w ostatnich dniach ciężar tego wszystkiego przytłaczał ją tak, że miała wrażenie, że zaraz runie na ziemię. Ale potem po prostu otrząsała się, bo przecież gdyby się przewróciła – już nigdy by nie wstała. Tak naprawdę nie miała prawa do tego uczucia. Nie po tym, co przeszli Mavelle i Patrick, co spotkało Heather, co przeżywały Danielle i Lucy.
– Damy sobie z nimi radę – stwierdziła więc, posyłając Mavelle pewny siebie uśmiech. – Cokolwiek nie nadejdzie, stawimy temu czoła.
Stała jeszcze przez chwilę, w milczeniu, zamyślona. Oczyma wyobraźni widziała tego człowieka, biegnącego gdzieś przez ciemność i zastanawiała się, czego albo kogo szukał. Czy był to duch, czy jakiś cień z Limbo? Pomyślałaby, że miała halucynację, ale przecież Mavelle też go widziała.
A wreszcie skinęła głową.
– Może faktycznie – ustąpiła z pewnymi oporami. Chciała, żeby Mavelle odpoczęła, ale też chyba pierwszy raz w życiu, czułaby się trochę niepewnie, pozostawiona sama sobie w Dolinie Godryka. A przecież nawet w te noce pełni, lubiła tę ciemność i samotność. Zwłaszcza w letnie, pogodne noce, gdy niebo było usiane gwiazdami, a wokół panowała cisza i przez chwilę mogła po prostu siedzieć na trawie, w ludzkiej lub wilczej postaci i pozwalała myślom dryfować. Teraz… teraz już nie mogła.
To była drobniutka strata w porównaniu z innymi, ale uświadamiała jej, że Voldemort odzierał ich właściwie ze wszystkiego. Kawałek po kawałku.
– Chodźmy – powiedziała. Otoczyła kuzynkę lewą ręką i wraz z nią ruszyła w noc.
Jakby nie mieli wystarczająco dużo problemów ze śmierciożercami.
Czasem w ostatnich dniach ciężar tego wszystkiego przytłaczał ją tak, że miała wrażenie, że zaraz runie na ziemię. Ale potem po prostu otrząsała się, bo przecież gdyby się przewróciła – już nigdy by nie wstała. Tak naprawdę nie miała prawa do tego uczucia. Nie po tym, co przeszli Mavelle i Patrick, co spotkało Heather, co przeżywały Danielle i Lucy.
– Damy sobie z nimi radę – stwierdziła więc, posyłając Mavelle pewny siebie uśmiech. – Cokolwiek nie nadejdzie, stawimy temu czoła.
Stała jeszcze przez chwilę, w milczeniu, zamyślona. Oczyma wyobraźni widziała tego człowieka, biegnącego gdzieś przez ciemność i zastanawiała się, czego albo kogo szukał. Czy był to duch, czy jakiś cień z Limbo? Pomyślałaby, że miała halucynację, ale przecież Mavelle też go widziała.
A wreszcie skinęła głową.
– Może faktycznie – ustąpiła z pewnymi oporami. Chciała, żeby Mavelle odpoczęła, ale też chyba pierwszy raz w życiu, czułaby się trochę niepewnie, pozostawiona sama sobie w Dolinie Godryka. A przecież nawet w te noce pełni, lubiła tę ciemność i samotność. Zwłaszcza w letnie, pogodne noce, gdy niebo było usiane gwiazdami, a wokół panowała cisza i przez chwilę mogła po prostu siedzieć na trawie, w ludzkiej lub wilczej postaci i pozwalała myślom dryfować. Teraz… teraz już nie mogła.
To była drobniutka strata w porównaniu z innymi, ale uświadamiała jej, że Voldemort odzierał ich właściwie ze wszystkiego. Kawałek po kawałku.
– Chodźmy – powiedziała. Otoczyła kuzynkę lewą ręką i wraz z nią ruszyła w noc.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.