Lekko poruszył ręką sugerując, że w kwestii ceny się dogadają, chociaż oczywiście musiała być ona adekwatna do usług. Nie zamierzał przepłacać, oj nie - kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak Żydzi! Laurent nie sprawiał pozorów materialisty, ale naprawdę lubił złoto w swoich rączkach. Jak smok. Mógłby spać na kopcu złota i byłby z tego powodu całkiem zadowolony - mógłby na nim błyszczeć i lśnić. Chyba dlatego tak przepadał za biżuterią.
- Niepotrzebna grzeczność, Hjalmarze, ale bardzo doceniam. - Nie ubodły go słowa Dagura chyba tylko dlatego, że w tym człowieku było coś absolutnie dobrodusznego. Coś takiego prostego. O czym tu zresztą mówić, skoro prawda potrafiła w oczy kolić, on nigdy sam nie widział dla siebie zbyt wielkiego ratunku w tej kwestii, a znał doskonale swoją codzienność i wiedział, jak to wyglądało. Czy uniósłby miecz? Ha... chyba zależy jak duży? I czy mógłby jednak obiema rękoma, nawet jak jednoręczny? Ze sztyletem sobie by poradził, to prawda, ale ile ważył prawdziwy miecz nawet nie miał pojęcia i nie potrafił sobie wyobrazić. Pozostawiał to ocenie tej dwójki, a jego odpowiedź była umieszczona między żartami. Nie bardzo za to rozumiał wymiany zdań między panami, o tym, że jesteś tym co... tym co jesz? Nie wyłapał w tym nawiązania do wegetarianizmu, dlatego przez chwilę robił skonsternowaną minę. Fakt, w pewien sposób mieli rację, że dieta bardzo dużo robiła z człowiekiem. Na przykład niejedzenie robiło z człowiekiem to, że paskudnie chudłeś. Wynik tego mieli przed swoimi oczami. - Dziękuję, wolę nie nosić przy sobie ostrych narzędzi. Nie mam takiej potrzeby. - Choć - w sumie... przydałby mu się jakiś elegancki nóż tak naprawdę. W pracy. By przyciąć linę, by pozbyć się roślin, przeciąć pęta. W New Forest czasami działy się rzeczy niestworzone, a w końcu wędrował też poza nie. - F...lo...ret? - Powtórzył trochę niepewnie, a mózg od razu zabrał go do flory i florystyki. Czy to jakiś miecz... ach, nie, stop. Pewnie w ogóle niepowiązane nazwy, ale i tak obraz kwiatów i ogrodów miał jasno przed oczami postawiony. Nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć. Mógł się w sumie domyślić, że będą tutaj mówili o różnych mieczach, że pewnie miały swoje odmiany, a jednak na to nie wpadł. Miecz to... miecz. Dla takiego laika jak on. Wyciągnął różdżkę i stworzył podstawową iluzję - ze skupieniem, ostrożnie, pieczołowicie. Żeby czasem czegoś nie zwalić po drodze. I stworzył iluzję miecza w powietrzu - takiego... zwykłego, najzwyklejszego miecza. Żadne szpady, florety czy inne katany. No, może rzeczywiście bardziej wymyślnie zdobionego, z tymi czerwonymi klejnotami i złotem, by przypominał niemalże miecz Godryka Gryfindora owiany legendami. Machnął delikatnie różdżką z kolejnymi słowami Hjalmara, wprowadzając w swojej wizji z wyobraźni poprawki. Trzy klejnoty, jeden na górze, dopasował drewno, przyozdobił na nowo tym złotem, z kolejnym muśnięciem obdarzył klingę miecza imieniem i nazwiskiem właścicielki przyszłej: "Brenna Longbottom". Wyobraźni blondynowi nie brakowało. Przechylił głowę, spoglądając na to cudeńko z zainteresowaniem. Oczywiście nie znając się na mieczach projekt wymagał poprawek - ale to już była kwestia dobrania odpowiednich projektów. Przynajmniej teraz było wiadome, co miał w głowie. I to był zdecydowanie przepych, ale jakże subtelny. Laurent uwielbiał subtelności. Rozłożył dłonie tak, by wskazać unoszącą się między panami iluzję.
- O coś takiego mi chodziło. - Był całkiem zadowolony z tego, na co patrzył. I miał nadzieję, że nawet piękniejsze i przede wszystkim - funkcjonalne cudo dostanie od Nordgersimów. - Byłbym bardzo zobowiązany za odpowiednią oprawę dla miecza. - Oczywiście mógł zorganizować ją sam - piękną skrzynię z odpowiednim materiałem w środku, by miecz zachwycał od pierwszego zerknięcia na jego walory. Skinął w kierunku Dagura głową. Och, potrzebował tego. Czuł wręcz swoją dawkę dopaminy krążącą we krwi, kiedy wyobrażał sobie już ten miecz, gdy wręczy go Brennie. Miał szczerą nadzieję, że uda się go zakląć, by pełnił swoje zadanie. - Będę czekał z niecierpliwością. Czy życzycie sobie, żebym wpłacił zadatek na robociznę? - Zazwyczaj tak robił, dawało to gwarancję, że nawet jak klient się wycofa (on się wycofywać nie zamierzał, ale niektórzy klienci potrafili być zmienni) to przynajmniej zakład nie będzie stratny. Nawet u osób, u których był stałym klientem nadal nalegał na takie wpłaty, by sytuacja była czysta - chociażby u swojego krawca. Plus zawsze pokrywało to część kosztów materiałów.
- Bardzo bym chciał, ale jestem już umówiony z pewną damą na poranną kawę. - Uśmiechnął się. Nie zamierzał pozwolić Norze na siebie czekać. - Więc serdecznie panom dziękuję. Będę wyczekiwał z niecierpliwością pierwszych projektów. Prosiłbym też o wstępny kosztorys, wpłacę połowę sumy. Mam nadzieję, że to państwu odpowiada. I owszem, zdaję sobie sprawę, że koszty mogą ulec zmianie. - Zazwyczaj nie był tak wyrozumiały w rozliczeniach, ale tutaj dawał bardzo duży margines zaufania ze względu na swoją siostrę. Chciał też zrobić dobre wrażenie na mężczyźnie, który, jak miał Laurent nadzieję, stanie się częścią jego rodziny. Podniósł się i gwizdnął na psa. - Jeszcze raz dziękuję i miłego dnia. Oraz miłego kucia. - Miał nadzieję, że to będzie miłe. Bo fakt - to mógł być magnum opus młodego Hjalmara.