Niby powinien być przyzwyczajony do tego, że Philipa otaczali ochroniarze, ale zupełnie się nie spodziewał, że tym będzie też jego sekundant. Erik Longbottom. Nie tak całkowicie nieznany, kiedy miał okazję mu się przyznać z bliska, ale zdecydowanie bardziej z posłuchu i widzenia, niż faktycznego poznania. Morskie oczy selkie śledziły jego twarz z zainteresowaniem, jego spojrzenie, napięte ramiona, jakby gotów był bronić... kogo właściwie? Zaraz miało to zostać zdradzone. I to dość szybko. "Przyjaźń" w wydaniu Philipa miało bardzo różne wymiary, więc do tego słowa Laurent się nie przywiązywał zanadto. Łatwo się jednak było zapomnieć w tym dziwacznie bajkowym świecie, że rzeczywistość prezentowała się o wiele bardziej ostro dla sławy, jaką sobą prezentował Nott.
Kroki Laurenta były nieco bardziej ostrożne. Napięcie wzrosło tylko w nim i to tylko z powodu fal myśli, które przesuwały się pod jego platynowymi włosami. Chyba to tak miało teraz wyglądać - niby rozluźniła się ich znajomość z Philipem, niby zmieniła, a jednak pozostała ta czerwona nitka zawieszona na paluszkach. Jak przekleństwo. Albo to tylko on był tutaj przeklęty mimo swoich odważnych słów, jakie wobec niego wystosował. Miał wrażenie, że krzywdzących słów.
Kiedyś usłyszał, że ktoś nazwał Atreusa "adwokatem bezsensownej przemocy", Laurent się zdecydowanie do tego grona nie zaliczał i nie miał problemów z tym, żeby mówić o tym głośno i wyraźnie. Mimo to jakoś mu się to przypomniało, kiedy usłyszał słowa Philipa skierowane do Bella, że się "nie zawiedzie". Nie bardzo znał kontekst rozmowy, ale jego mózg automatycznie poniósł te słowa w kierunku pojedynku.
- Rzeczywiście, kojarzę pana. Tym bardziej miło mi poznać. - Wyciągnął dłoń w kierunku Erika, mając nadzieję, że ta nie zostanie zmiażdżona w prawdziwie męskim uścisku. Z jakiegoś powodu spoglądając na tego mężczyznę dokładnie takowego się spodziewał. Wrażenia potrafiły jednak bardzo mylić, a już na pewno te z niepoprawnie bogatej wyobraźni Laurenta. - Mieliśmy się okazję poznać z Bellem. - Odparł nieco lakonicznie, w zasadzie nie chcąc nawet ciągnąć tematu. Poza tym - kogo to obchodziło, doprawdy? Nie chodziło to, czy w ogóle nie było interesujące, a raczej - czy było w obliczu rosnącej ekscytacji, że zaraz rozpocznie się prawdziwe przedstawienie? Laurent bardzo szczerze w to wątpił. Jego ciekawiło natomiast to, że Louvain oraz Phili, Atreus i Erik - cała czwórka zachowywała się tak... spokojnie. Jakby nic się tutaj wielkiego nie miało wydarzyć. I obie grupy były tak samo pełni siebie. Wewnętrznie Laurent wręcz kręcił głową, ale to tak z sympatią i uznaniem dla panów. - Nic? - Zapytał z figlarnym błyskiem w oku, spoglądając na obu panów. Rozbawienie pobrzmiało w tym krótkim pytaniu. - Więc jestem zmuszony wrócić z pustymi rękoma bez informacji o tajnych taktykach i niecnych sztuczkach? - Akurat Philip był ostatnią osobą, którą podejrzewałby o niehonorowe zagrania przed oczami publiczności. Głównie dlatego, że jego wielkie ego nie pozwalało myśli o przegranej nawet przemknąć po jego głowie, więc po co w ogóle do tanich, brudnych sztuczek miałby się odwoływać? Jego partner zaś? Nie miał pojęcia. Kojarzył Erika chyba głównie z czynności charytatywnych. Chciałoby się powiedzieć: no i tacy ludzie są dobrzy! Tak, oczywiście - jeśli tylko wierzyło się przy tym, że Królowa Anglii to tak naprawdę Baba Jaga w przebraniu. Potwory są wśród ludzi zazwyczaj bardzo dobrze ukryte - bo kto szuka pojedynczego liścia w koronach drzew? - Nie mówcie o tym mojemu kuzynowi, Atreusowi, ale będę wam kibicował. - Pół-żartem, pół-serio. Bo Atreusowi kibicował tak samo... gdyby Philip i Atreus byli w jednej parze przynajmniej nie miałby tych problemów. Skinął zarówno w kierunku Erika jak i Bella i skierował się już na swoje miejsce. Czyli - usiadł tuż obok Vakela.
- Dobry wieczór. Laurent Prewett, miło mi. - Przywitał się krótko z mężczyzną oraz towarzyszącą mu niewiastą, przesuwając spojrzeniem po ich twarzach i wyciągnął dłoń na powitanie. Choć w gruncie rzeczy trochę żałował, że Dolohov nie był zajęty rozmową, żeby "mu nie przeszkadzać". Zażenowanie paniką Edwarda Prewetta nadal i nieustannie kręciło się po jego brzuchu. - Który z zawodników cieszy się w tym towarzystwie największymi względami? - Zagadnął, tak czysto grzecznościowo. Jak to w Anglii - tete-a-tete, które pozwalało ustalić, czy druga strona patrzy na ciebie pod tytułem "spierdalaj", czy jednak jest chętna do pogawędzenia o wszystkim i niczym. Albo i o czymś całkowicie konkretnym.