26.09.2023, 21:15 ✶
- Nie martw się, zawsze będę tam, gdzie mnie potrzebujesz. No, przez większość czasu - poklepał go po ramieniu, odpowiadając na uśmiech Louvaina dokładnie takim samym, pełnym zadziorności. Zawsze uważał, że Lestrange miał nieco tunelowe widzenie, przynajmniej jeśli chodziło o latanie na miotle, ale tak samo jak bywało to irytujące, tak czasem zwyczajnie potrzebne, szczególnie kiedy jego rolą było złapanie tego zakichanego znicza. Palców obu rąk pewnie by mu nie starczyło, gdyby miał zliczyć te razy, kiedy Louvain zamiast dostać tłuczkiem w cymbał, całkiem nieświadomy odleciał gdzieś dalej, cały i zdrowy, bo jego pałkarz był dokładnie tam gdzie powinien, czyli ochraniając jego plecy.
- Dokładnie tak - uśmiechnął się, spoglądając na Laurenta, kiedy wreszcie do nich podszedł, a i Louvain zdążył wrócić ze swojego obchodu po zaproszonych przez siebie gościach. - Mam nadzieję, że za mnie też potrzymasz, jeśli okaże się nagle, że Louvain padnie niedysponowany - posłał Victorii szelmowski uśmieszek. Potem z obydwojgiem pożegnał się skinieniem głowy, kiedy postanowili udać się dalej. Na całe szczęście, dołączył do nich Stanley.
- Nie wygłupiaj się, kto by się stresował czymś takim - machnął ręką, by zaraz pokiwać głową z łaskawą miną wymalowaną na twarzy. - Nie ma za co, doszedłem do wniosku, że może chciałbyś być świadkiem tak wiekopomnego wydarzenia, jak wycieranie parkietu twoim idolem - uśmiechnął się, jak gdyby właśnie nie postanowił chociaż odrobinę pograć Borginowi na nerwach. Nie wątpił, że ten chociaż przez chwilę nie wahał się przed tym, z czyim transparentem wymalowanym w serduszku powinien przyjśc na to wydarzenie, ale jednocześnie wierzył, że wybrał jedyną właściwą w tym sporze stronę.
- Dokładnie tak - uśmiechnął się, spoglądając na Laurenta, kiedy wreszcie do nich podszedł, a i Louvain zdążył wrócić ze swojego obchodu po zaproszonych przez siebie gościach. - Mam nadzieję, że za mnie też potrzymasz, jeśli okaże się nagle, że Louvain padnie niedysponowany - posłał Victorii szelmowski uśmieszek. Potem z obydwojgiem pożegnał się skinieniem głowy, kiedy postanowili udać się dalej. Na całe szczęście, dołączył do nich Stanley.
- Nie wygłupiaj się, kto by się stresował czymś takim - machnął ręką, by zaraz pokiwać głową z łaskawą miną wymalowaną na twarzy. - Nie ma za co, doszedłem do wniosku, że może chciałbyś być świadkiem tak wiekopomnego wydarzenia, jak wycieranie parkietu twoim idolem - uśmiechnął się, jak gdyby właśnie nie postanowił chociaż odrobinę pograć Borginowi na nerwach. Nie wątpił, że ten chociaż przez chwilę nie wahał się przed tym, z czyim transparentem wymalowanym w serduszku powinien przyjśc na to wydarzenie, ale jednocześnie wierzył, że wybrał jedyną właściwą w tym sporze stronę.