Byli w tym do siebie tak okropnie podobni. Może Norka nie wyolbrzymiała tych najlepszych cech, ale widziała tylko i wyłącznie je. Potrafiłaby usprawiedliwić każde zachowanie, nawet to najbardziej nieodpowiednie. Sądziła, że każdy może mieć gorszy moment, czy chwilę słabości. Taka już była. Pozostawało im nic innego, jak mieć twardą dupę, skoro serca mieli miękkie. Wiele razy się sparzyła. Nie nauczyło jej to jednak niczego. Nadal ufała, widziała, to co chciała zobaczyć. Taki już to był charakter. Dosyć nieszczęśliwie się składało.
Nie należała do osób, którym łatwo przychodziło. Raczej była gotowa wspierać przyjaciół we wszystkich ich pomysłach, nawet tych najgłupszych. Od zawsze była taką osobą, do której można było przyjść z największą głupotą, a ona starała się znaleźć w tym jakiekolwiek pozytywy i potwierdzić, że ma to większy sens. Laurent trafił do odpowiedniej osoby, nie zamierzała go stopować, wręcz przeciwnie, chciała, aby pofrunął, spełnił swoje marzenie, rozwinął skrzydła i poleciał wysoko, tak jak zamierzał.
Póki co, nie potrafiła sobie wyobrazić skali ich działań. Nie miała zielonego pojęcia ile osób powinni poprosić o wsparcie, ile by ich nie było, zamierzała to dla niego załatwić. Przez cukiernię przewijała się przecież cała masa czarodziejów. Idealne miejsce na rozpoczęcie propagandy.
- Tak. Biała magia brzmi zdecydowanie lepiej. Nie ma z nią złych skojarzeń, tylko te pozytywne. - To mogło rozwiać wszelkie wątpliwości. Nekromancja miała wiele oblicz, które każdy mógł inaczej interpretować. Biała magia wręcz przeciwnie. Bardzo dobrze, że to sobie wyjaśnili, bo nawet ona miała problem z terminologią.
Nie widziała w tym nic złego, że użyli pewnego skrótu myślowego. Powodowało to, że od razu mogli konkretnie określić o co im chodzi, ci którzy mieliby z tym problem w ten sposób na pewno to zrozumieją. Były to konkrety, które mogły dotrzeć nawet do tych najbardziej topornych czarodziejów.
Norka nie bała się tego, że może się narazić. Znaczy bała się ogromnie, że mogą przyjść po nią, zrobić krzywdę Mabel i innym bliskim, ale nie zamierzała, żeby takie obawy ją powstrzymywały przed działaniem. Strach przed działaniem nie mógł wykluczyć jej z gry. Szczególnie, że była warta świeczki, bo to mogło pomóc również jej bliskim. Brenna, Erik codziennie narażali życia i wielu, wielu innych. Mogłoby im to pomóc w czasie pracy. To było dla niej istotne. Ona, ona była na samym końcu. Zresztą, kto normalny wziąłby cukierniczkę za zagrożenie? No nikt, wystarczy spojrzeć na nią. Nie prezentowała się jako godny przeciwnik w czymkolwiek (nie wliczając w to pieczenia ciastek na czas, nikt nie miałby z nią szans).
- Nie przejmuj się. Mam wielu przyjaciół. Przewijają się przez cukiernię jeden po drugim. - Była w tym szczypta prawdy, ale tylko odrobina. Może i miała ich wielu, jednak ostatnio mało kto miał czas, który mógłby poświęcić na wizyty w Norze. Chciała jedynie uspokoić Prewetta.
- Już ją podjęłam Laurent. Masz moje wsparcie. W wolnym czasie spróbuję stworzyć jakieś broszury. - Będzie musiała się nad tym zastanowić, powinny być jak najprostsze, aby dotarły do jak największej ilości odbiorców.
- To straszne, o czym mówisz. Przerażające, że nagle się pojawiły. - Wiedziała, że Voldemort ma z tym coś wspólnego, jak z większością złych rzeczy, które wydarzyły się ostatnimi czasy w magicznym świecie. Miała nadzieję, że uda im się wspólnymi siłami chociaż odrobinę pomóc w tej walce. - Dziękuję, że mi zaufałeś. - Dodała jeszcze, po czym wstała od stolika, nie dopiła swojej kawy do końca, bo nie miała już na to czasu. - Muszę uciekać. - Posłała mu jeszcze promienny uśmiech po czym ruszyła w stronę wyjścia.