Wybuch w pracowni alchemicznej wstrząsnął połową oddziału, zakołysały się fiolki i rzędy zakorkowanych słoiczków. Szybki ruch lipową różdżką powstrzymał krok ku kolejnej tragedii, zawisła w powietrzu niebezpieczna mieszanka, której skład pozbawiony jeszcze neutralizatora gotowy był wypalić w drewnianych podłogach dziury i z łatwością przesączyć się przez kolejne piętra.
-Merde! - zaklęła czarownica, pędząc prędko do sąsiednich sal, by ustalić straty i zapobiec kolejnym. Zwyzywała nieostrożnych stażystów, susząc im wszystkim głowy za brak odpowiedzialności i odgrażając się, że wszystko przekaże ordynatorowi, którzy za podobne wybryki wyrzucić może każdego na zbity pysk. W takich sytuacjach nie przebierała w słowach, a zwyczajowe, otulające jej kobiecy głos ciepło nijak się miało do szorstkich haseł, jakimi ganiła kolejnych pożal się Merlinie specjalistów.
- Wychodzę. Niczego nie spal. Ani nie wybuchaj. Ani najlepiej w ogóle niczego nie dotykaj! - Nerwowość przebijała się w głosie drobnej szatynki, gdy zatrzaskując za sobą drzwi do pracowni instruowała podopiecznego co do dalszych działań. Nie każdego dnia można ją było zastać z kwaśną miną, ale dziś wszystko zdawało się iść niezgodnie z jakimkolwiek planem. Niezawodnym rozwiązaniem miała być przerwa.
Zatrzymała się przed drzwiami prowadzącymi do kawiarni i z przeciągłym ziewnięciem przetarła oczy wierzchem dłoni. Szczerze wierzyła, że choć tu będzie miała chwilę wytchnienia i nikt nie zaczepi sprawiającej wrażenie niechętnej do życia uzdrowicielki.
- Nawet mi nie mów… - skwitowała tylko na słowa Florence Bulstrode i wywróciła oczami, przepuszczając czarownicę w drzwiach. Także i ona wyglądała na przemęczoną; Elaine dobrze wiedziała, że ta daje z siebie wszystko.
Zamówiwszy kawę, czarną, z dodatkiem zatrważającej ilości cukru - czasem tylko on mógł utrzymać ją przy życiu - przysiadła się do stolika Bulstrode. Nie od razu zwróciła uwagę na wytłuszczony nagłówek gazety. To nadzwyczajna dla kawiarni cisza nasunęła Delacour wątpliwości, a gdy spostrzegła że wszyscy zebrani tu goście pochylają się nad egzemplarzami Proroka Codziennego, natychmiast przysunęła gazetę bliżej siebie.
- Co do… - wymamrotała, pospiesznie przesuwając wzrokiem po nadrukowanych literach, czując jak przez jej ciało przetacza się fala gorąca, a ścisk w żołądku wywołuje niestrawność. - Widziałaś to? Spodziewam się, że nie wszystkich szaleńców wyłapują do Lecznicy dusz, ale żeby pozwalać im tak terroryzować społeczeństwo? - podsunęła stronę Florence, na moment zapominając o filiżance kawy. Nie była głucha na niesione korytarzami plotki, niejednokrotnie była świadkiem przekazywanych szeptem pogłosek o nadchodzącej zmianie, czymkolwiek by ona nie była.