26.09.2023, 23:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2023, 00:02 przez Eden Lestrange.)
Jeśli sam Vakel Dolohov obiecał, że będzie się tu bawić dobrze, to kim była Eden, by kwestionować wyroki gwiazd?
Czy jakichkolwiek substancji, które pomagały mu je widzieć.
Musiała mu przyznać rację - przyszłaby i tak. Walczyłaby ze sobą, czy szopka tego kalibru powinna w ogóle ją interesować, bo mimo wszystko trąci prymitywnością, ale jak bardzo bolesna prawda by to nie była, niestety ją interesowała. Urodziła się zbyt wścibska dla swojego dobra, a tym razem miała ku temu fantastyczną wymówkę: honor rodziny. Nawet jeśli w pierwsze nie wierzyła wcale, a drugiego coraz mniej chciała być częścią, tak długo jak pozostawało to wiadome tylko jej, mogła się tymże powodem zasłaniać.
Ostateczną zachętą był list Elliotta, co dla wielu osób, łącznie z samą Eden, mogło być nie lada zaskoczeniem. Wszakże tej dwójce nie było po drodze od urodzenia, w Hogwarcie ich rówieśnicy zakładali się co roku, które wepchnie które pod pociąg wjeżdżający na peron 9 i 3/4, toteż nikogo chyba nie ominęła niechęć, jaką darzyły się wzajemnie bliźnięta. A jednak, paradoksalnie, jak bardzo się nawzajem nie znosili, tak czynili tego typu wydarzenia dla siebie znośnymi. Prawdopodobnie była to kwestia wspólnego, jednakowo skrzywionego poczucia humoru i znajdowania powodu do szykany tam, gdzie innym nie przyszłoby to na myśl. Wszakże niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Przybyła na miejsce sama, nie chcąc czekać na brata - wierzyła, że jest dużym chłopcem i trafi sam, a jak zginie po drodze i nikt już go więcej nie znajdzie, to też na plus. Weszła do środka bez obwieszczania swojego przybycia nikomu, nawet nie była ubrana zbyt wyjściowo - nadal wyglądała na elegancką w skrojonym na miarę burgundowym żakiecie i spodniach, ale zdecydowanie nie wydawało się, by był wybierany specjalnie na tę okazję. Wydawało się, że Lestrange nie chce się rzucać w oczy tego wieczoru, choćby może po to, żeby w razie przegranej Louvaina móc wcisnąć kit, że nie była jej świadkiem. Rozejrzała się przelotnie po zebranych gościach, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z Atreusem, machnąć ręką, co by dać znać, że udało jej się dotrzeć i dziękuje za zaproszenie. Bez względu na to, czy ją spostrzegł, czy nie, czmychnęła od razu w kierunku Vakela, chcąc się tam znaleźć jak najszybciej.
Zauważyła, że ktoś przysiadł się akurat do niego i nawet przemówił (odważne posunięcie, tak po prostu zagadać do Dolohova), ale nie miała zamiaru czekać na swoją kolej. Miała wyryte w głowie, że zawsze należy prosić o wybaczenie, a nie pozwolenie.
- Nie znalazłam Williama - oświadczyła w ramach powitania, wyłaniając się nagle zza pleców Dolohova, po czym wyciągnęła do niego rękę. Piła do jego listu, w którym polecił, by małżonka przyprowadzić. W domu niestety go nie było, a ona jest zbyt zajęta i zrezygnowana, by za nim ganiać. - Następnym razem musisz mi wywróżyć, gdzie mam go szukać, acz obawiam się, że tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. - Uśmiechnęła się kwaśno, nie wydając się przejęta brakiem męża u boku, po czym przesunęła się w kierunku Lyssy. - Dobrze cię widzieć - zwróciła się do dziewczyny o wiele cieplej niż do jej ojca, tracąc niesmak z wyrazu twarzy. Niewiele o niej wiedziała, toteż nie widziała powodu do zgryźliwości. Jeszcze.
Zwróciła oczy w kierunku Prewetta, mrużąc je nieco. Nie odezwała się, ale obdarzyła go spojrzeniem z rodzaju "czy ja powinnam cię znać?", po czym przesunęła je na Vakela, licząc, że jeśli faktycznie powinna, to wróżbita może ją łaskawie oświeci i przedstawi.
- Lada chwila powinien dołączyć do nas Elliott. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko? - Zapytała, wodząc wzrokiem to po jednym, to po drugiej, próbując doszukać się choćby grymasu świadczącego o niechęci. - Jeśli macie, nie bójcie się powiedzieć. Poczekam na odpowiedni moment i wepchnę go na arenę - oświadczyła, przy czym uśmiechnęła się perliście i machnęła ręką, jakby to naprawdę nie był najmniejszy problem i wystarczyło tylko słowo, które będzie dla niej rozkazem. Następnie od ręki obejrzała się przez własne ramię, jakby chcąc się upewnić, że wilk, o którym mowa, nie stoi tuż za nią zainspirowany zasłyszanym planem, czekając niecierpliwie, aby zaciągnąć ją na arenę ze sobą.
Nie bała się Elliotta, po prostu ich walka przed oczami setek nie była w tym momencie najlepszym pomysłem. Nie dlatego, że nie potrafili walczyć; wręcz przeciwnie, obawiała się, że byłoby to tak widowiskowe, że skradliby show dla siebie i gwóźdź programu, jakim było starcie Louvaina i Philipa, nie byłoby już tak ekscytujące dla publiki.
Czy jakichkolwiek substancji, które pomagały mu je widzieć.
Musiała mu przyznać rację - przyszłaby i tak. Walczyłaby ze sobą, czy szopka tego kalibru powinna w ogóle ją interesować, bo mimo wszystko trąci prymitywnością, ale jak bardzo bolesna prawda by to nie była, niestety ją interesowała. Urodziła się zbyt wścibska dla swojego dobra, a tym razem miała ku temu fantastyczną wymówkę: honor rodziny. Nawet jeśli w pierwsze nie wierzyła wcale, a drugiego coraz mniej chciała być częścią, tak długo jak pozostawało to wiadome tylko jej, mogła się tymże powodem zasłaniać.
Ostateczną zachętą był list Elliotta, co dla wielu osób, łącznie z samą Eden, mogło być nie lada zaskoczeniem. Wszakże tej dwójce nie było po drodze od urodzenia, w Hogwarcie ich rówieśnicy zakładali się co roku, które wepchnie które pod pociąg wjeżdżający na peron 9 i 3/4, toteż nikogo chyba nie ominęła niechęć, jaką darzyły się wzajemnie bliźnięta. A jednak, paradoksalnie, jak bardzo się nawzajem nie znosili, tak czynili tego typu wydarzenia dla siebie znośnymi. Prawdopodobnie była to kwestia wspólnego, jednakowo skrzywionego poczucia humoru i znajdowania powodu do szykany tam, gdzie innym nie przyszłoby to na myśl. Wszakże niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Przybyła na miejsce sama, nie chcąc czekać na brata - wierzyła, że jest dużym chłopcem i trafi sam, a jak zginie po drodze i nikt już go więcej nie znajdzie, to też na plus. Weszła do środka bez obwieszczania swojego przybycia nikomu, nawet nie była ubrana zbyt wyjściowo - nadal wyglądała na elegancką w skrojonym na miarę burgundowym żakiecie i spodniach, ale zdecydowanie nie wydawało się, by był wybierany specjalnie na tę okazję. Wydawało się, że Lestrange nie chce się rzucać w oczy tego wieczoru, choćby może po to, żeby w razie przegranej Louvaina móc wcisnąć kit, że nie była jej świadkiem. Rozejrzała się przelotnie po zebranych gościach, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z Atreusem, machnąć ręką, co by dać znać, że udało jej się dotrzeć i dziękuje za zaproszenie. Bez względu na to, czy ją spostrzegł, czy nie, czmychnęła od razu w kierunku Vakela, chcąc się tam znaleźć jak najszybciej.
Zauważyła, że ktoś przysiadł się akurat do niego i nawet przemówił (odważne posunięcie, tak po prostu zagadać do Dolohova), ale nie miała zamiaru czekać na swoją kolej. Miała wyryte w głowie, że zawsze należy prosić o wybaczenie, a nie pozwolenie.
- Nie znalazłam Williama - oświadczyła w ramach powitania, wyłaniając się nagle zza pleców Dolohova, po czym wyciągnęła do niego rękę. Piła do jego listu, w którym polecił, by małżonka przyprowadzić. W domu niestety go nie było, a ona jest zbyt zajęta i zrezygnowana, by za nim ganiać. - Następnym razem musisz mi wywróżyć, gdzie mam go szukać, acz obawiam się, że tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. - Uśmiechnęła się kwaśno, nie wydając się przejęta brakiem męża u boku, po czym przesunęła się w kierunku Lyssy. - Dobrze cię widzieć - zwróciła się do dziewczyny o wiele cieplej niż do jej ojca, tracąc niesmak z wyrazu twarzy. Niewiele o niej wiedziała, toteż nie widziała powodu do zgryźliwości. Jeszcze.
Zwróciła oczy w kierunku Prewetta, mrużąc je nieco. Nie odezwała się, ale obdarzyła go spojrzeniem z rodzaju "czy ja powinnam cię znać?", po czym przesunęła je na Vakela, licząc, że jeśli faktycznie powinna, to wróżbita może ją łaskawie oświeci i przedstawi.
- Lada chwila powinien dołączyć do nas Elliott. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko? - Zapytała, wodząc wzrokiem to po jednym, to po drugiej, próbując doszukać się choćby grymasu świadczącego o niechęci. - Jeśli macie, nie bójcie się powiedzieć. Poczekam na odpowiedni moment i wepchnę go na arenę - oświadczyła, przy czym uśmiechnęła się perliście i machnęła ręką, jakby to naprawdę nie był najmniejszy problem i wystarczyło tylko słowo, które będzie dla niej rozkazem. Następnie od ręki obejrzała się przez własne ramię, jakby chcąc się upewnić, że wilk, o którym mowa, nie stoi tuż za nią zainspirowany zasłyszanym planem, czekając niecierpliwie, aby zaciągnąć ją na arenę ze sobą.
Nie bała się Elliotta, po prostu ich walka przed oczami setek nie była w tym momencie najlepszym pomysłem. Nie dlatego, że nie potrafili walczyć; wręcz przeciwnie, obawiała się, że byłoby to tak widowiskowe, że skradliby show dla siebie i gwóźdź programu, jakim było starcie Louvaina i Philipa, nie byłoby już tak ekscytujące dla publiki.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~