Specyficzny, charakterystyczny jegomość. Obraz pięknego chłopca, żeby potem został on strącony z ramki na zdjęcia, w której wisiał, a zamiast ślicznej buzi ktoś wstawił nagle obraz świni. Niedbałość tego potrącenia była wręcz kalectwem przypominając o momencie, kiedy idziesz, potykasz się, ale podpierasz o cokolwiek w okolicy i próbujesz sprawić wrażenie, że to wcale nie było żadne potknięcie. Że to było zaplanowane, a twoje daleko idące plany chowały w sobie tak chodzenie jak i oddychanie. Tylko jak to - czemu świnię? Malunki dłonią Laurenta były czasem wolno przesuwające się i zmieniające, żeby innym razem były nagłymi wizjami, które odpowiadały na każdy bodziec przekazanej mu rzeczywistości. Jak dokładnie ten moment, kiedy komplement spłynięty z tej gardzieli, po której zaraz będzie spływać i krew przemieszana ze śliną z rozciętej wargi. Potem kolejny, kiedy jego palce wślizgnęły się w szorstką dłoń. Lubił takie dłonie. Kontrastujące z jedwabną gładkością jego skóry, uściski zdecydowane, które różniły się od celowej łagodności, jaką wplatał w swój własny. Choć nie do końca celowo robił to wobec każdego. Jak miałby jednak potraktować strącony obraz? Przecież trzeba go potraktować z należytym szacunkiem, schylić się po niego i jeśli nie podmienić znowu to chociaż postawić na komodzie. Każdy wolał spoglądać na piękno niż świnie. Woleli perły od gnoju, w którym tonął ten świat. Więc to takie wzajemne podnoszenie się, tak? Zostanie określeniem perłą, choć ta ginęła pod setkami racic i podnoszenie obrazu, żeby znowu przeciął całkowicie szarą ścianę, bo na tamten niee - nie można było patrzeć. Kiedy już raz miałeś płótno w dłoni można było nadać mu całkowicie nową ramkę. Nawet całkowicie nowy kształt.
Blondyn lekko odbiegł wzrokiem w bok, lekko obrócił głowę, kiedy jaśniejące w tym oświetleniu magicznych świateł oczy Esme przesunęły się po jego rysach twarzy. Czego szukał? Perłowej masy? Błysku na bladej skórze, niedoskonałości na skórze? Nie było jej. Porcelanowa lalka miała się śpiewająco, szepcząc o aniołach i wyrwanej prosto z chmur niewinności, by wstawić ją tutaj, do tej przyciemnionej i spokojnej knajpki, w której nie było przepłacających grubo miliarderów i jednocześnie nie błąkała się klientela z nożami pod płaszczami. Oto miejsce, gdzie krzyżował się świat Nokturnu z Pokątną - Aleja Horyzontalna i jej wszystkie doznania. Włącznie z dwoma czarodziejami z tych różnych światów spotykających się pośrodku, na magicznej granicy wszechświata. Choć, o paradoksie, to właśnie znajomości z Nokturnu ich połączyły. Czegokolwiek te oczy szukały, Laurent mógłby się im prezentować. Prężyć, wyginać... prezentować. Zamiast tego był ruch, jakby niemal był zawstydzony, albo przynajmniej troszeczkę go speszyło.
- Są komplementy banalne i te, które od razu wynoszą człowieka ponad codzienność. - Zażartował delikatnie. I być może zupełnie nie o to chodziło Rowle, ale właśnie tak odebrał to sam Laurent, gdy już wymiana powitań i grzeczności miała swoje miejsce. To nie kwestia tego, czy to był komplement czy nie zastanawiała Laurenta. Jego zastanowiało to, jakiego rodzaju był to komplement. Czy ochłap rzucony dla formalności, zwykłe zdanie mające być czymś mniej klasycznym od sztywnego powitania, czy może czymś więcej? Było zawsze miłym zostać zapamiętanym. Było też coś niepoprawnie miłego w całym tym jednym, całkiem dziwnym zdaniu, jakie zostało w niego na powitanie strzelone jak kamieniem z procy. Choć bardziej przypominało to podanie waty cukrowej z zapewnieniem, że każda inna jest spleśniała.
Zastrzyk energii. Nie tak zapamiętał Esme ze szkolnych lat, ale przecież w przeciągu tych kilku, które ich podzieliły, minęło całkiem sporo. Każdy ruch promieniował zadowoleniem, wyższym komfortem doznawania rzeczywistości, jakby ten mężczyzna chciał być dzisiaj przeciwwagą dla cichego morza doznań Laurenta. Ale ten zastrzyk energii przeniknął i pod jego skórę. Dostał się do krwiobiegu ciekawością i chęcią zakosztowania tego stanu. Więc zmienił się, dopasował barwami, przesunął, by przybrać bardziej odpowiedni kształt. Powoli ewoluował całą formę, żeby przekonać się, czy będzie w stanie stworzyć idealną formę tego, co pokazywał mu właśnie ten najwspanialszy mężczyzna, na który to komentarz zresztą Laurent uniósł dłoń, by przysłonić usta układające się w szczerze rozbawiony uśmiech. Ale to nie było prześmiewcze z jego strony. To było wręcz cieszenie się jego nastrojem i pewnością siebie, jaka została mu zaprezentowana.
- Och, właśnie słyszałem. - Zapewnił go, chcąc podsycić jego własne słowa, ciekaw, czy były one tylko i wyłącznie pokazowe, żartem, czy może rzeczywiście chodziło o to, jak bardzo full of himself był. Te oględziny i zaciekawienie bardzo szybko przerodziło się w odpowiedź. Tak, grał. I to wcale nie było złe, nie kiedy dopisywał nastrój. Co zaś było złe to to, że tak łatwo było to zgasić. Nie podobało mu się to - ta świeca pięknie płonęła, migotała przed nim. Nie chciał oglądać jedynie jej dymu. Tego widział już aż nadto z papierosów. - Straciłem zainteresowanie tym, co było mi potrzebne. - Spróbował od tej strony, a nie było to w zasadzie kłamstwo. I nie chodziło o to, że już nie potrzebował, nie. Niektóre rzeczy mogły zaczekać, a jeszcze inne mogły być omówione drogą pocztową, jeśli czas zbyt przelewał się przez palce i nie chciało się pozwolić mu spływać po formalnościach. Uśmiech na ustach blondyna gładko przeszedł w ciepły promień słońca zmieniający nastrój - nie każda noc musiała być tą najciemniejszą. Nie każde spotkanie biznesowe musiało być ubrane w sztywny garnitur rozmów.
- Nie? Czemu, kiepsko bym wyglądał? - Zapytał zdziwiony i rozbawiony jednocześnie tym nagłym przelewem myśli, jaki miał miejsce od strony mężczyzny. Odsunął się nawet od stołu, bo pochylał się ku niemu - ku Esme konkretniej rzecz ujmując. Ale teraz złapał za rąbki swojej szaty, rozsunął je na boki, by na samego siebie spojrzeć. To jeszcze nie był czas, kiedy był tak chorobliwie chudy, jak miał się prezentować już za cztery lata. Nie zmieniało to tego, że był drobnej budowy.
Anioł w skórach - to byłby wszak grzech.