09.11.2022, 20:25 ✶
Też zamówiła kawę. Związek Florence z kawą był chyba najbardziej skomplikowaną relacją w jej życiu, bo z jednej strony szczerze nienawidziła smaku kawy, z drugiej - nie umiała bez niej żyć. Nic dziwnego, zważywszy na to, jakie miała podejście do pracy. (A mianowicie takie, że jak żartowali niektórzy, była jej wręcz poślubiona. Wynikało to z wielu różnych czynników: trochę poczucia obowiązku, trochę z nadmiernego perfekcjonizmu, trochę z nadmiaru ambicji i pragnienia awansowania.)
Ale choć z kawą usiadła przy stoliku, jeden rzut oka na nagłówek Proroka Codziennego wystarczył, aby uzdrowicielka mogła stwierdzić, że ciężki dzień będzie jeszcze cięższy niż sądziła do tej pory. Momentalnie poczuła, że zaczyna boleć ją głowa i to wcale nie ze zmęczenia. A zamiast kawy chyba powinna wypić jakiś mocny eliksir. Tylko nie była pewna, czy pobudzający, czy wręcz przeciwnie, uspokajający.
- Dopiero teraz spojrzałam - powiedziała do Elaine, przymykając na moment oczy. Jakby nie chciała widzieć tłustych liter i tych wszystkich wykrzykników, straszących z pierwszej strony gazety. Ruchomego zdjęcia, na którym poruszał się paskudny znak. Znała go jednak już ze snów i teraz, zobaczywszy w realnym życiu, nawet zaciskając oczy, miała go jakby wypalony po wewnętrznej stronie powiek. - Przynajmniej są na tyle mili, że w przeciwieństwie do Grindelwalda nie próbują udawać, że robią coś dla większego dobra. Ten symbol od razu krzyczy "jesteśmy tymi złymi gośćmi" - skomentowała, wskazując na fotografię, którą opatrzono artykuł.
Suchy głos. Wyraz twarzy doskonale opanowany. Florence zwykle taką maskę prezentowała na oddziale, przez co bywała określana mianem "góry lodowej". Okazyjnie wymieniała ją na inną, taką z przesłodzonym uśmiechem i słowami pełnymi jadu, padającymi z ust - ta wersje Bulstrode była "tą wredną jędzą". W Mungu chyba jednak nikt nie uwierzyłby, że Flo Bulstrode może kogokolwiek cię przestraszyć albo stracić głowę.
A jednak, strach ściskał jej teraz żołądek. Uniosła do ust filiżankę kawy, nawet jednak gorący łyk napoju nie roztopił lodowej kulki, która zagościła we wnętrznościach. Była czystej krwi. Nigdy specjalnie nie przejmowała się prawami charłaków czy mugolaków, a o mugolach nie myślała wcale, chyba że w wyniku jakiejś katastrofy trafiali na jej oddział. Mimo to nie mogła oprzeć się lękowi: o braci i o to...
- ...musimy się chyba przygotować na wiele nadgodzin - oświadczyła, wciąż z pozornym spokojem, odstawiając filiżankę i pochylając się, by uważniej przeczytać artykuł. - Bo zdaje się, że to ogłoszenie oznacza mniej więcej "będziemy mordować, torturować i palić, dopóki nie oddacie mi władzy". To oznacza dużo pracy dla uzdrowicieli. Ma ten mroczny lord ogromny wdzięk, muszę przyznać. Spodziewałabym się tak bezpośredniego podejścia po Gryfonach, a chyba tutaj ci zwolennicy to będą bardziej wychowankowie Slytherinu...
...a może jej własna matka?
Bogini, nie pozwól na to.
A jeszcze nie wiedziała - ba, nie przeczuwała, nawet mimo talentu jasnowidza - jak daleko posuną się Voldemort i jego zwolennicy.
Ale choć z kawą usiadła przy stoliku, jeden rzut oka na nagłówek Proroka Codziennego wystarczył, aby uzdrowicielka mogła stwierdzić, że ciężki dzień będzie jeszcze cięższy niż sądziła do tej pory. Momentalnie poczuła, że zaczyna boleć ją głowa i to wcale nie ze zmęczenia. A zamiast kawy chyba powinna wypić jakiś mocny eliksir. Tylko nie była pewna, czy pobudzający, czy wręcz przeciwnie, uspokajający.
- Dopiero teraz spojrzałam - powiedziała do Elaine, przymykając na moment oczy. Jakby nie chciała widzieć tłustych liter i tych wszystkich wykrzykników, straszących z pierwszej strony gazety. Ruchomego zdjęcia, na którym poruszał się paskudny znak. Znała go jednak już ze snów i teraz, zobaczywszy w realnym życiu, nawet zaciskając oczy, miała go jakby wypalony po wewnętrznej stronie powiek. - Przynajmniej są na tyle mili, że w przeciwieństwie do Grindelwalda nie próbują udawać, że robią coś dla większego dobra. Ten symbol od razu krzyczy "jesteśmy tymi złymi gośćmi" - skomentowała, wskazując na fotografię, którą opatrzono artykuł.
Suchy głos. Wyraz twarzy doskonale opanowany. Florence zwykle taką maskę prezentowała na oddziale, przez co bywała określana mianem "góry lodowej". Okazyjnie wymieniała ją na inną, taką z przesłodzonym uśmiechem i słowami pełnymi jadu, padającymi z ust - ta wersje Bulstrode była "tą wredną jędzą". W Mungu chyba jednak nikt nie uwierzyłby, że Flo Bulstrode może kogokolwiek cię przestraszyć albo stracić głowę.
A jednak, strach ściskał jej teraz żołądek. Uniosła do ust filiżankę kawy, nawet jednak gorący łyk napoju nie roztopił lodowej kulki, która zagościła we wnętrznościach. Była czystej krwi. Nigdy specjalnie nie przejmowała się prawami charłaków czy mugolaków, a o mugolach nie myślała wcale, chyba że w wyniku jakiejś katastrofy trafiali na jej oddział. Mimo to nie mogła oprzeć się lękowi: o braci i o to...
- ...musimy się chyba przygotować na wiele nadgodzin - oświadczyła, wciąż z pozornym spokojem, odstawiając filiżankę i pochylając się, by uważniej przeczytać artykuł. - Bo zdaje się, że to ogłoszenie oznacza mniej więcej "będziemy mordować, torturować i palić, dopóki nie oddacie mi władzy". To oznacza dużo pracy dla uzdrowicieli. Ma ten mroczny lord ogromny wdzięk, muszę przyznać. Spodziewałabym się tak bezpośredniego podejścia po Gryfonach, a chyba tutaj ci zwolennicy to będą bardziej wychowankowie Slytherinu...
...a może jej własna matka?
Bogini, nie pozwól na to.
A jeszcze nie wiedziała - ba, nie przeczuwała, nawet mimo talentu jasnowidza - jak daleko posuną się Voldemort i jego zwolennicy.