Wizyty na dworcu King's Cross miały to do siebie, że dla wielu osób bywały nadzwyczaj... magiczne. Na swój sposób te wszystkie wagony symbolizowały swobodę. Wolność wyboru, poprawił się w myślach Erik, podążając pewnym krokiem ku wejściu na peron 9¾. Wystarczyło kupić bilet, znaleźć swój przedział, a parę godzin później lądowało się w zupełnie innym miejscu.
Chociaż czarodzieje zdążyli wymyślić masę innych środków transportów, tak kolej zdawali się darzyć całkiem sporą sympatią. Swoją rolę na pewno odgrywała tutaj nostalgia. Chociaż dla wielu rytuał związany z przygotowaniami do pójścia do Hogwartu zaczynał się wraz z dostaniem listu, czy wizytą na Pokątnej, tak to tutaj podróż nabierała tempa. Dosłownie. Czasem ciężko było się powstrzymać przed tym, aby nie wskoczyć do pociągu za pierwszorocznymi.
— Tam pewnie jest teraz łatwiej — mruknął pod nosem Longbottom, rozglądając się na prawo i lewo. Gdy upewnił się, że nikt nie zwraca na niego większej uwagi, zniknął za zaczarowanym murem, aby doznać jednego wielkiego szoku. Prawie się spóźnił!
Gwar na magicznym peronie śmiało mógł się równać z dniem targowym na rynku w Dolinie Godryka lub świątecznym szałem zakupowym w centrum magicznej dzielnicy Londynu. Erika aż zamurowało, gdy zewsząd uderzyły go radosne okrzyki, tu i ówdzie łkanie, a nawet magiczne inkantacje sugerujące, że rodzice postawili na bezpośrednią teleportację do domu wraz ze swoimi pociechami. To tyle, jeśli chodziło o nostalgiczną wycieczkę.
— Augusta mnie zabije, jak go nie znajdę — uświadomił sobie Erik, przebijając się przez tłum ludzi. Wprawdzie nikt w rodzinie nie uzgodnił, że to on konkretnie sprowadzi Franka do domu, ale... To chyba rozumiało się samo przez się prawda? Był jedynym dorosłym facetem z ich pokolenia. Miał jakieś obowiązki, jak np. opieka nad młodym Longbottomem.
Na Merlina, te dzieci z roku na rok robią się coraz mniejsze[/i], pomyślał skonsternowany, gdy minęła go cała wycieczka... Jedenastolatków? Dwunastolatków? Z jego perspektywy wyglądali, jakby ledwo wyszli z przedszkola. Dumbledore miał wesoło w murach swojej szkoły, oj wesoło. Erik obejrzał się na prawo i lewo i wtedy... Usłyszał za filarem znajomy głos. Zbaraniał na krótką chwilę
— Osobiście wolę już „braciszku najukochańszy” lub „mój zaginiony instynkcie samozachowawczy” — odezwał się w ramach powitania, wychylając się zza filara. — Ale doceniam, że chcesz, abym czuł się wiecznie młody. — Uśmiechnął się od ucha do ucha. — Co ty tu właściwie robisz? — Chciał za nią dogonić, jednak był zmuszony się niespodziewanie zatrzymać. Pod nogi weszły mu jakieś trzy jedenastolatki, ciągnące za sobą wózki z kuframi i klatkami na sowy. Przyspieszył kroku, gdy przeszkoda sama zeszła mu z drogi. — Myślałem, że to ja dzisiaj odbieram Franka.
Podrapał się po policzku, taksując wzrokiem siostrę od stóp do głów. Chyba się nie dogadali.
— Przyprowadziłaś z domu kogoś jeszcze? — Jeśli siostra ruszyła do przodu, to on poszedł za nią.
Jeśli od razu wpadli na Franka, Erik pozwolił Brennie przywitać się jako pierwszej, a gdy przyszła jego kolej, poklepał mocno Franka po ramieniu, uśmiechając się do niego serdecznie.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞