28.09.2023, 11:02 ✶
Nie znała sytuacji Esme. Nie miała pojęcia, jak skomplikowane były jego losy i z czym się borykał. Widziała po prostu ciut młodszego Ślizgona, czystokrwistego, ale też przywykła do tego, że czystokrwiści Ślizgoni wcale nie byli jednolitą masą. A często jeśli zaczynały wychodzić z nich paskudniejsze rzeczy, to pod wpływem kolegów - czy tych z własnego Domu, którzy je w sobie nieśli, czy tych z innego, którzy się ich dopatrywali. Kilku Ślizgonów po prostu sobie adoptowała, nie przejmując się przy tym specjalnie opinią innych. Może było jej z tym łatwo, bo ona sama wcale nie miała skomplikowanych losów: nie do tej pory przynajmniej. Jej rodzina była bogata i ją kochała, miała brata i kuzynostwo, i żadne z nich nie odwróciłoby się od siostry, bo nagle prowadzała się pod rekę z dwiema Ślizgonkami.
Gdyby Rowle nazwał przy niej kogoś szlamą, dostałby w nos. Gdyby zareagował wobec niej napastliwie, pewnie odpowiedziałaby coś tylko żartobliwie i się nie przejęła. Był uprzejmy, więc wręczyła mu cukierka.
I historia Adelajdy ją smuciła. Brenna pewnie jeszcze nie raz, nie dwa, miała o niej myśleć. Ale starała się nie pozwolić, aby takie rozważania za bardzo ją pochłonęły i na pewno nie chciała pokazywać ponurej twarzy innym. Po pierwsze, była pogodna z samej swojej natury. Po drugie, ludzie i tak dostatecznie często byli zmęczeni, smutni albo zniechęceni, więc wolała się do nich uśmiechnąć niż wzdychać smutno nad historią sprzed kilkuset lat. Nawet jeżeli to nie tak, że ta historia zupełnie jej nie obeszła.
- Wcale nie - powiedziała Brenna, kiedy stwierdził, że spieprzył i odruchowo wyciągnęła po prostu rękę, by poklepać go po ramieniu. Tego typu gesty były dla niej równie naturalne jak oddychanie, nieważne, czy akurat ktoś był jej kuzynką, najlepszym przyjacielem czy kimś, kogo znała. A Rowle zdawał się czuć szczerze winny, gdy w oczach Brenny nie zrobił nic złego. - I nie sądzę, żebyś ją zmienił. Nie jestem pewna, czy duchy w ogóle mogą się zmienić. Spójrz na Jęczącą Martę. My dorastamy, a ona ciągle ma te czternaście lat i płacze w szkolnej łazience, bo ktoś wyśmiał jej okulary.
Cofnęła rękę, uśmiechając się tylko półgębkiem, gdy wspomniał, że może to cmentarz wybrał jego.
- Wzywał cię nocami w snach tajemniczy głos, szepcący, że właśnie tutaj czeka twoje dziedzictwo, spoczywające gdzieś w jednym z grobowców? - zasugerowała. Nie, nie wierzyła w taką bzdurkę, ale też nie kpiła. To była po prostu opowieść, a ona lubiła opowieści. Można było więc uznać, że po prostu... gadała sobie od rzeczy.
Czy kiedy Esme wspomniał, że koledzy o niej zapomnieli, zrobiło się jej go szkoda? Chyba trochę. Czy to okazała? Nijak. Nie dlatego, że była absolutnie obojętna, ale dlatego, że podejrzewała, że Rowle nie chciałby, aby ktoś mu współczuł. A na pewno nie jakaś przypadkowa Gryfonka. I wyglądało na to, że to, jak go potraktowano, albo go nie poruszało... albo nie chciał po sobie pokazać, że było inaczej.
Brenna na pewne rzeczy była ślepa. Nie zawsze zachowywała się tak, jak powinna i jak dla innych było to komfortowe. Ale rozumiała - umiała zrozumieć - dumę.
- Problemy z liczeniem, totalnie. Jak gdzieś idę w grupie, regularnie dokonują przeliczenia sztuk stada, żeby nie zwiali. Niektórzy próbowali, ale teraz są już na etapie ponurej rezygnacji - stwierdziła Brenna, trochę żartobliwie, więc mogłoby się wydawać, że nie mówiła poważnie. Chociaż w istocie, było w tym trochę prawdy. Zwykle próbowała dzielić swój czas między krewnych i przyjaciół, rozbijając to na osobne segmenty, bo wiedziała, że nie wszyscy będą czuć się w swoim towarzystwie komfortowo. Ale kiedy już gdzieś trafiała jakaś grupka, to chyba serce by jej pękło, gdyby któryś ze znajomych poczuł się na tyle pominięty, że zostałby po prostu z tyłu, a ona by tego nie zauważyła. Ludzie nigdy nie powinni czuć się... nieważni.
- Nie wiem - stwierdziła, teraz z odrobiną zamyślenia. - Ale szczerze? Nie sądzę, że powinny tu zostać. Prawie Bezgłowy Nick powiedział mi kiedyś, że bał się iść dalej. A Adelajda została, bo nie potrafiła znaleźć siostry. Martę chyba utrzymała tutaj uraza. Duchy nie zostają po naszej stronie, jeśli nie przywiąże ich tutaj... coś paskudnego, mam wrażenie. Poza tym chciałbyś tak patrzeć przez tysiąc lat na kolejnych ludzi, chodzących przez cmentarz i no... nic? Wiesz, nawet ten głupi cukierek. Może tylko na niego patrzeć. Może oni się nie zmieniają, bo gdyby się zmienili, musieliby o s z a l e ć. Jestem pewna, że bym oszalała.
Brennie wcale nie spieszyło się do śmierci, chociaż świadomość, że ta gdzieś czeka, towarzyszyła jej zaskakująco głęboko jak na kogoś, kto miał siedemnaście lat. Tyle że jednego była absolutnie pewna: jeżeli ta by ją spotkała, nie zostałaby tutaj. Po co? by zostać z rodziną? Miała wrażenie, że ją myśl o którymś z bliskich, który tkwi tu jako duch, tylko by ją raniła.
- Mam nadzieję, że kiedyś się znajdą. I... no obie odejdą dalej.
Gdyby Rowle nazwał przy niej kogoś szlamą, dostałby w nos. Gdyby zareagował wobec niej napastliwie, pewnie odpowiedziałaby coś tylko żartobliwie i się nie przejęła. Był uprzejmy, więc wręczyła mu cukierka.
I historia Adelajdy ją smuciła. Brenna pewnie jeszcze nie raz, nie dwa, miała o niej myśleć. Ale starała się nie pozwolić, aby takie rozważania za bardzo ją pochłonęły i na pewno nie chciała pokazywać ponurej twarzy innym. Po pierwsze, była pogodna z samej swojej natury. Po drugie, ludzie i tak dostatecznie często byli zmęczeni, smutni albo zniechęceni, więc wolała się do nich uśmiechnąć niż wzdychać smutno nad historią sprzed kilkuset lat. Nawet jeżeli to nie tak, że ta historia zupełnie jej nie obeszła.
- Wcale nie - powiedziała Brenna, kiedy stwierdził, że spieprzył i odruchowo wyciągnęła po prostu rękę, by poklepać go po ramieniu. Tego typu gesty były dla niej równie naturalne jak oddychanie, nieważne, czy akurat ktoś był jej kuzynką, najlepszym przyjacielem czy kimś, kogo znała. A Rowle zdawał się czuć szczerze winny, gdy w oczach Brenny nie zrobił nic złego. - I nie sądzę, żebyś ją zmienił. Nie jestem pewna, czy duchy w ogóle mogą się zmienić. Spójrz na Jęczącą Martę. My dorastamy, a ona ciągle ma te czternaście lat i płacze w szkolnej łazience, bo ktoś wyśmiał jej okulary.
Cofnęła rękę, uśmiechając się tylko półgębkiem, gdy wspomniał, że może to cmentarz wybrał jego.
- Wzywał cię nocami w snach tajemniczy głos, szepcący, że właśnie tutaj czeka twoje dziedzictwo, spoczywające gdzieś w jednym z grobowców? - zasugerowała. Nie, nie wierzyła w taką bzdurkę, ale też nie kpiła. To była po prostu opowieść, a ona lubiła opowieści. Można było więc uznać, że po prostu... gadała sobie od rzeczy.
Czy kiedy Esme wspomniał, że koledzy o niej zapomnieli, zrobiło się jej go szkoda? Chyba trochę. Czy to okazała? Nijak. Nie dlatego, że była absolutnie obojętna, ale dlatego, że podejrzewała, że Rowle nie chciałby, aby ktoś mu współczuł. A na pewno nie jakaś przypadkowa Gryfonka. I wyglądało na to, że to, jak go potraktowano, albo go nie poruszało... albo nie chciał po sobie pokazać, że było inaczej.
Brenna na pewne rzeczy była ślepa. Nie zawsze zachowywała się tak, jak powinna i jak dla innych było to komfortowe. Ale rozumiała - umiała zrozumieć - dumę.
- Problemy z liczeniem, totalnie. Jak gdzieś idę w grupie, regularnie dokonują przeliczenia sztuk stada, żeby nie zwiali. Niektórzy próbowali, ale teraz są już na etapie ponurej rezygnacji - stwierdziła Brenna, trochę żartobliwie, więc mogłoby się wydawać, że nie mówiła poważnie. Chociaż w istocie, było w tym trochę prawdy. Zwykle próbowała dzielić swój czas między krewnych i przyjaciół, rozbijając to na osobne segmenty, bo wiedziała, że nie wszyscy będą czuć się w swoim towarzystwie komfortowo. Ale kiedy już gdzieś trafiała jakaś grupka, to chyba serce by jej pękło, gdyby któryś ze znajomych poczuł się na tyle pominięty, że zostałby po prostu z tyłu, a ona by tego nie zauważyła. Ludzie nigdy nie powinni czuć się... nieważni.
- Nie wiem - stwierdziła, teraz z odrobiną zamyślenia. - Ale szczerze? Nie sądzę, że powinny tu zostać. Prawie Bezgłowy Nick powiedział mi kiedyś, że bał się iść dalej. A Adelajda została, bo nie potrafiła znaleźć siostry. Martę chyba utrzymała tutaj uraza. Duchy nie zostają po naszej stronie, jeśli nie przywiąże ich tutaj... coś paskudnego, mam wrażenie. Poza tym chciałbyś tak patrzeć przez tysiąc lat na kolejnych ludzi, chodzących przez cmentarz i no... nic? Wiesz, nawet ten głupi cukierek. Może tylko na niego patrzeć. Może oni się nie zmieniają, bo gdyby się zmienili, musieliby o s z a l e ć. Jestem pewna, że bym oszalała.
Brennie wcale nie spieszyło się do śmierci, chociaż świadomość, że ta gdzieś czeka, towarzyszyła jej zaskakująco głęboko jak na kogoś, kto miał siedemnaście lat. Tyle że jednego była absolutnie pewna: jeżeli ta by ją spotkała, nie zostałaby tutaj. Po co? by zostać z rodziną? Miała wrażenie, że ją myśl o którymś z bliskich, który tkwi tu jako duch, tylko by ją raniła.
- Mam nadzieję, że kiedyś się znajdą. I... no obie odejdą dalej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.