— Dzień dobry, Lucy — odpowiedział pogodnie, jak to miał w zwyczaju. Był zwarty i gotowy do drogi. Jego motywacja sięgała poza horyzont, nawet jeśli misja tego w ogóle nie wymagała.
Starał się nie zmieniać nastawienia, gdy Lucy wspomniała pogrzeb. Czyżby to teraz był łączący ich wszystkich temat? Ataki Czarnego Pana i jego konsekwencje?
— Oczywiście. Derwin był przyjacielem rodziny... — odpowiedział. — Pamiętaj, że ty, jak i Danielle, zawsze możecie liczyć na wsparcie moje i mojej rodziny.
Pierwotnie chciał wspomnieć tylko rodziców, wszak to oni mieszkali w Dolinie. Ale wolał uniknąć używania słowa, które mogłoby sprawić czarownicy przykrość. Poza tym, siostry Giovanniego, nawet jeśli miały swoje życie, również nie odwróciłyby się od pomocy któremukolwiek z Longbottomów.
— Tak, tak, ruszajmy. Będziemy musieli przejść kawałek do niemagicznego Londynu, więc nie ma czasu do stracenia. Najpierw na Pokątną.
Podeszli do kominka i poprzez sieć Fiuu dotarli do stolicy. Gio trochę rzucał się w oczy, dopóki nie przeszli przez Dziurawy Kocioł. Wtedy Urquart natychmiast przeistoczył się w poważnego mężczyznę podążającego za trendami, aczkolwiek większość osób zdecydowanie nie ubierała się aż tak modnie jak w katalogach, którymi się wzorował.
— Kawałek trasy pokonamy autobusem.
Mówiąc to, wręczył Lucy bilet. Było akurat po porannych godzinach szczytu, tak więc poza nimi, w pojeździe siedziało kilka staruszek. Giovanni z dużym entuzjazmem rozglądał się wokół. Jakie to niesamowite, że podczas gdy świat czarodziejów spowity jest mrokiem wojny, tuż obok mugole żyją sobie jak gdyby nigdy nic. Mijali kolorowo ubranych przechodniów, spoglądali na plakaty nowych albumów muzycznych i filmów. I nikt z nich nie miał pojęcia o tragediach rozgrywających się w dzielnicy obok.
— Mój znajomy Bob, będzie czekał na nas w pobliskim parku — oznajmił, gdy wysiedli po dwudziestominutowej przejażdżce. — Absolutnie nie rzuca się w oczy i nie wybierze żadnego charakterystycznego miejsca na spotkanie, dlatego być może będziemy musieli obejść cały park. Podobno nie jest duży.
I tak też było. Cały obszar zieleni dał się obejść w kilkanaście minut, ale nawet tylko nie potrzebowali, by spotkać Boba.
— Dobrze cię widzieć — przywitał się Gio. — Poznaj Lucy. Jest tu ze mną dla wsparcia. Możesz jej zaufać i opowiedzieć przy niej wszystko, co powiedziałbyś mi.