Gdyby Martina porwali Śmierciożercy... to pewnie by już nie wrócił. Nie sądził, że życie dałoby mu kolejną szansę. Chociaż kto wie, czy jego poprzedni oprawcy też nimi nie byli...
Daisy miała rację. Skoro nikt z nich nie podzielił się historią, nie mogła ona dotrzeć do uszu dziennikarzy. Nie wiedział, czy William i Black opowiedzieliby o tym komukolwiek... Ani tym bardziej pozostała dwójka czarodziejów. Czy William faktycznie musiał zgłosić to jakimś służbom? Może zrobił to, ale sprawa zniknęła w gąszczu innych problemów związanych z Beltane? Chociaż i tam zginął człowiek i to zdecydowanie z innych powodów, niż te z Polany. Czy powinien pozwolić Daisy na opowiedzenie tej historii światu?
— Muszę się zastanowić — odparł. — Nie chciałbym wyrządzić nikomu krzywdy ujawnianiem tego... Z drugiej strony tu chodzi o tragedię kobiety... Nie wiem nawet, czy zostało to zgłoszone Ministerstwu. Na miejscu był jeden z pracowników, ale... nie pamiętam dokładnie, czym się zajmuje.
Upił paskudnie słodkiej kawy. O ile wciąż można było tak nazywać wywar z cukru z dodatkiem kawowych fusów. Nie podobał mu się ten smak. Nie był w ogóle przyzwyczajony do słodyczy. Jego ulubioną przekąskę stanowiła czarna kawa i papieros.
Z niewyjaśnionych dla niego powodów, poruszyło go stwierdzenie Daisy, że "Beltane to noc miłości". Nie podzieliła się niczym odkrywczym. To wręcz definicja tego święta. Ale myślenie o tym, że większość uroczystości spędził właśnie z dziewczyną i także z nią zatopił się w wiankowe rytuały... Spuścił wzrok, a na jego bladej twarzy mógłby pojawić się rumieniec, gdyby miał sprawniej działające krążenie krwi.
— Przez ten wiatr straciłem twój wianek... — mruknął z zauważalną stratą w głosie. — Na szczęście wciąż mam ten magiczny pierścień. Nie spodziewałem się, że właściwości taniej festiwalowej pamiątki utrzymają się tak długo.
Tak, właśnie tym przyznał się, że od czasu do czasu zakłada ozdobę, by jego włosy znów rozbłysły kolorami tęczy.