Stanley pokiwał głową na zgodę ze słowami Anthony'ego. Musieli chronić Laurenta skoro on czuł jak może pomóc im... wszystkim. Borgin może mógł wyglądać jakby chciał zgrywać bohatera przed wszystkimi ale tak nie było. W priorytecie postawił bezpieczeństwo dobrze mu znanych i szanowanych przez siebie osób, a dopiero później myślał o sobie. I ta właśnie myśl go prowadziła do tego, że jeszcze moment wcześniej chciał tutaj zostać, aby ich osłaniać czy kupować trochę czasu.
Od lat wmawiał swojemu kuzynowi, że będzie dobry z niego godny następca Williama ale nigdy nie spodziewał się, że ten wykorzysta swoją pozycję dziedzica do tego aby mu rozkazywać. Zacisnął zęby z lekkiej złości na młodszego Borgina ale nie wypowiedział ani słowa. Nie mógł się przeciwstawić jego woli, nawet jeżeli ten nie bardzo chciał zajmować roli, w której postawił do nestor ich rodziny. Stanley zresztą kilka lat temu obiecał Anthony'emu, że zawsze będzie stał przy jego boku, wspierając go i radząc dobrym słowem. Skoro ochrona Prewetta miała być jego pierwszym zadaniem, był gotów to spełnić.
Kiedy ta chora jędza się zorientowała, że nie jest tu sama, a chwilę później uniosła swoją różdżkę, kierując jakimś zaklęciem w ich stronę, cieszył się z tarczy, którą mieli. Nie nacieszył się jednak zbyt długo, ponieważ ta starczyła tylko na jedno zaklęcie - Ty parszywcu... - rzucił pod nosem, rzucając się do dalszego ruchu. W głębi duszy modlił się o to aby Persefona dała im święty spokój i pozwoliła zakończyć jej żywot w ten czy inny sposób... No bo przecież Laurent miał plan? Prawda? MIAŁ PLAN?! Oby tylko te głosy nie wyprowadziły ich w manowce...
Zeszli trochę niżej, gdzie nie docierały już promienie słoneczne i chcąc, nie chcąc musieli wyczarować jakieś źródła światła, wszak żaden z nich nie chciał raczej stracić i zębów na tej wyprawie. Nadal mając w głowie wizje Perły Morza sprzed kilku minut, mógł obserwować jak ten statek podniszczał na przestrzeni tych wszystkich lat. Za czasów Pembertona był to zupełnie inny, piękniejszy okaz niż to po czym musieli stąpać teraz. Stanley rozglądał się po okolicy, zerkając co jakiś czas do otwartych kajut, sprawdzając czy nic im nie zagraża albo nie zamierza ich zaskoczyć, wyskakując na plecy. Najgorszy w tym wszystkim był zapach czy wręcz odór, który się tutaj unosił, a każda kolejna sekunda zdawała się trwać zbyt długo. Niby poruszali się do przodu. Niby tkwili tutaj tylko kilka chwil, a Stanley miał wrażenie, że są tutaj już całą wieczność. Przez krótki moment miał nawet wrażenie, że wszystko mu podchodzi w żołądku ale na całe szczęście całkiem sprawnie to opanował. Laurent, błagam... Znajdź te głosy... Wściekał się w myślach na kompana.
Usłyszał słowa Prewetta i od razu zerknął w miejsce gdzie ten posłał swój czar, który jednak nie zadziałał chyba tak jak powinien... No chyba, że Laurent po prostu machał różdżką - to wtedy fakt, zadziałało - Ciebie też tu brakowało... Za mało na głowie mamy... - rzucił z tych wszystkich nerwów w kierunku mężczyzny, a raczej tego co z niego tutaj pozostało... a pozostało nie wiele. Borgin mając jedno, całkiem (nie) proste zadanie od Anthony'ego, skierował swoją różdżkę w kierunku zbliżającego się jegomościa. Starał się zablokować mu drogą, w pewien sposób odciąć go od nich. Liczył, że to się może powiedzie... a jeżeli nie, to będą zmuszeni improwizować... I to całkiem sprawnie.
Rzut na próbę stworzenia metalowych drzwi w miejscu wejścia do kajuty. Korzystam z kształtowania.
Sukces!
Akcja nieudana
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972