28.09.2023, 21:06 ✶
Wakacje. Niby człowiek się cieszył, bo fajrant, bo wolne, ale kiedy tak z Alice żegnaliśmy się na tych parę tygodni z naszymi kolegami i koleżankami, to było mi tak jakoś... smutno. Było mi smutno, kiedy uśmiech nie schodził z mojej twarzy, kiedy przytulaliśmy się do siebie i obiecywaliśmy sobie wakacyjne przygody, które zapewne i tak nie będą miały racji bytu. Ale plany były! I niebawem wrócimy do szkoły... Wrócimy i będziemy się bawić, i uczyć nowych rzeczy, i dojrzewać.
Cóż, westchnąłem ostatecznie ciężko, bo czekała mnie przeprawa niemożliwa. Nie przepadałem za momentem, kiedy moje kufry były zapakowane na wózek, a na kufrach jeszcze inne walizki, walizeczki, ze dwie książki luzem, co się nie zmieściły nigdzie, a na tym wszystkim jeszcze trzy doniczki, z czego czwarta pod moją pachą, bo nie potrafiłem zostawić moich liściastych pociech samych w Hogwarcie, gdzie uschłyby z tęsknoty i braku wody. Najgorzej, bo jeszcze zapomniałbym o ropusze, która teraz chciała mi spierdolić - nie mogłem w tym przypadku użyć innego słowa, gdyż to samo cisnęło mi się między zęby - w siną dal. Być może obrażona, a być może poczuła londyński klimat. Zakładałem, że to właśnie Tamiza była jej marzeniem, a nie moje towarzystwo.
- Oficjalnie zmieniam jej miano na Skaczącą Katastrofę - stwierdziłem do Alice Greengrass, która była moją najlepszą przyjaciółką od zawsze i miała zdecydowanie więcej energii i chęci do ciągnięcia swoich tabołów niż ja. Rzuciłem na nią wzrokiem nieco zbyt długim, po czym umknąłem przed widokiem jej piegów w kierunku tych wszystkich trzęsących się doniczek. Były pod chwilową kontrolą. Nic się z nimi nie działo...
- Nic się nie dzieje. Spokojnie. Dotrwamy - powiedziałem do tej roślinki w moich ramionach, a zaraz też pokiwałem głową do reszty. Nie podobała im się ta podróż, ale byłem pewien, że w domu będą bezpieczniejsze. Tam bardziej groziło im zalanie... Bo wątpiłem by wszyscy zapomnieli o moich doniczkach. To było niemożliwe. Oby to było niemożliwe.
- O, patrz! Tam są! - krzyknąłem jednak już ożywiony, kiedy ujrzałem wujka Erika. Jego nie dało się nie zauważyć, bo był niczym jedna z wież Hogwartu - wysoka i nie do przebicia. Taka, co nikt nie miał z nią szans. Może poza ciocią Brenną, bo ciocia Brenna potrafiła dokopać każdemu. I też tu była!
Stąd to ożywienie. Życie wstąpiło w moje wątłe kończyny. Roślinki aż zadrżały ze zgrozą, kiedy ruszyłem do przodu, chcąc pomachać ręką, ale niestety wszystkie miałem zajęte, a teraz nawet i brodą przytrzymywałem Skaczącą Katastrofę, która wcześniej musiała mieć jakieś trywialne imię - może Brygida? Obawiałem się, że Brygida Skacząca Katastrofa mogła za chwilę wyzionąć ducha. I mogłem się założyć, że ta dała nuta, kiedy tylko ruszyłem przytulić się na przywitanie do cioci Brenny.
Ale to nieistotne, bo oto właśnie wakacje zaczęły być ekscytujące pomimo tego, że mogłem zostać bez całej ekipy swoich rówieśników. Ludzie, ja w domu miałem drugą ekipę i całą masę plotek do odkrycia.
Cóż, westchnąłem ostatecznie ciężko, bo czekała mnie przeprawa niemożliwa. Nie przepadałem za momentem, kiedy moje kufry były zapakowane na wózek, a na kufrach jeszcze inne walizki, walizeczki, ze dwie książki luzem, co się nie zmieściły nigdzie, a na tym wszystkim jeszcze trzy doniczki, z czego czwarta pod moją pachą, bo nie potrafiłem zostawić moich liściastych pociech samych w Hogwarcie, gdzie uschłyby z tęsknoty i braku wody. Najgorzej, bo jeszcze zapomniałbym o ropusze, która teraz chciała mi spierdolić - nie mogłem w tym przypadku użyć innego słowa, gdyż to samo cisnęło mi się między zęby - w siną dal. Być może obrażona, a być może poczuła londyński klimat. Zakładałem, że to właśnie Tamiza była jej marzeniem, a nie moje towarzystwo.
- Oficjalnie zmieniam jej miano na Skaczącą Katastrofę - stwierdziłem do Alice Greengrass, która była moją najlepszą przyjaciółką od zawsze i miała zdecydowanie więcej energii i chęci do ciągnięcia swoich tabołów niż ja. Rzuciłem na nią wzrokiem nieco zbyt długim, po czym umknąłem przed widokiem jej piegów w kierunku tych wszystkich trzęsących się doniczek. Były pod chwilową kontrolą. Nic się z nimi nie działo...
- Nic się nie dzieje. Spokojnie. Dotrwamy - powiedziałem do tej roślinki w moich ramionach, a zaraz też pokiwałem głową do reszty. Nie podobała im się ta podróż, ale byłem pewien, że w domu będą bezpieczniejsze. Tam bardziej groziło im zalanie... Bo wątpiłem by wszyscy zapomnieli o moich doniczkach. To było niemożliwe. Oby to było niemożliwe.
- O, patrz! Tam są! - krzyknąłem jednak już ożywiony, kiedy ujrzałem wujka Erika. Jego nie dało się nie zauważyć, bo był niczym jedna z wież Hogwartu - wysoka i nie do przebicia. Taka, co nikt nie miał z nią szans. Może poza ciocią Brenną, bo ciocia Brenna potrafiła dokopać każdemu. I też tu była!
Stąd to ożywienie. Życie wstąpiło w moje wątłe kończyny. Roślinki aż zadrżały ze zgrozą, kiedy ruszyłem do przodu, chcąc pomachać ręką, ale niestety wszystkie miałem zajęte, a teraz nawet i brodą przytrzymywałem Skaczącą Katastrofę, która wcześniej musiała mieć jakieś trywialne imię - może Brygida? Obawiałem się, że Brygida Skacząca Katastrofa mogła za chwilę wyzionąć ducha. I mogłem się założyć, że ta dała nuta, kiedy tylko ruszyłem przytulić się na przywitanie do cioci Brenny.
Ale to nieistotne, bo oto właśnie wakacje zaczęły być ekscytujące pomimo tego, że mogłem zostać bez całej ekipy swoich rówieśników. Ludzie, ja w domu miałem drugą ekipę i całą masę plotek do odkrycia.