Philip nie był ostatnią ofiarą i nie był nawet pierwszą tego czaru. Były osoby, które mówiły, że Laurent jest jak klątwa. Przychodzi w chwili twojej słabości, wpełza pod skórę, jakby wgryzał się w nią jadem, żeby nie pozwolić o sobie zapomnieć, żeby skraść zamiast krwi, jak rasowy wampir, to kilka kropel emocji, a potem powiedzieć, że niestety - nic z tego nie będzie. Świętość była tutaj naprawdę niewidzialnym czynnikiem, bo nie było w tych czynach, w tych aktach, niczego świętego. Laurent nie był aniołem. Był Jutrzenką, Gwiazdą Poranną, Niosącym Światło - może kiedyś posiadał białe skrzydła, ale dawno pogubił do nich swoje pióra. Większość ludzi powiedziałaby, że to przecież nie była żadna manipulacja, kiedy obie strony tego chciały i każdy wiedział, na co się pisze. W końcu Laurent dla nikogo nie chciał źle i miał naprawdę dobre, wielkie serce. Z niektórymi starał się wręcz postępować jak z porcelaną, by z innymi obejść się zbyt szorstko. Jak z Atreusem na przykład, czego naprawdę żałował. Trudno, stało się. Teraz trzeba było starać się załatać błędy i splamione rany. W ich wypadku również coś wymagało łatania i poprawy.
- Czy jestem osobą uważającą się za znawcę pracy brygadzistów i aurorów, żeby komentować ten artykuł? Nie. Czy go czytałem? Owszem. - Można by odnieść wrażenie, że Laurent robił to dziesiątki razy - dawał się łapać dziennikarzom, żeby ci mogli go zagadać o kilka rzeczy, zanim pójdzie dalej, na docelowe śniadanie. Ale to było tylko wrażenie, bo taka sytuacja rzeczywiście nigdy mu się nie przytrafiła. Nad niespodziankami społecznymi potrafił złapać kontrolę. Gorzej było z tym wszystkim, co działo się podczas fizycznych aktów przemocy. - Przeciwko polityce strachu należy walczyć. Nie mam żadnych powodów, żeby wątpić w pracę brygadzistów i aurorów, którzy robić wszystko, co w ich mocy, aby przeciwdziałać tej polityce. Jak mówiłem - ważne jest uzbrojenie ich w narzędzia do tej obrony. Chyba możemy się zgodzić, że zakaz używania białej magii, takiej jak patronus, jest jak zabronienie ramieniem prawa do wykonywania ich podstawowych obowiązków. - Ach, to już dla własnej wygody poruszył, chwycił za okazję, skoro już została przed nim namalowana. Żalem byłoby tego nie zrobić.
- Więc nie pracowali panowie razem? - Mężczyzna notował dzielnie każde kolejne słowa. Laurent był ciekaw, czy mężczyzna miał już gotowe pytania, czy może po prostu całkowitym przypadkiem faktycznie na nich trafił, wyłapał szansę na artykuł i dlatego ich zagaił. Gdyby chciał się wcześniej umówić na reportaż to w obecnej sytuacji Laurent by mu nie odmówił. Jak dotąd zresztą to były przysyłane prośby i spotkania umówione odpowiednio wcześniej... ach, zresztą - trudno. Ciągle trudno mu było przyswoić, że to się dzieje i ma miejsce. Lekko, minimalnie wręcz pokręcił w stronę Philipa głową dając znać, że nie ma potrzeby, bo zobaczył jego dość wymowny wzrok, pytający.
- Nie. - Jeśli tutaj chciał pismak zwęszyć jakąś rewelację to niestety nie miał na to szansy. Musieli się gdzieś z Philipem minąć, co też nie było dla niego wielkim zaskoczeniem - sporo kursował tamtego dnia.
- Wracając do tematu widm i nawiązując do wydarzeń na Beltane - czy tajemnicze widma mają coś wspólnego ze Śmierciożercami? - Podniósł oczy zza okularów na Laurenta... a Laurent od razu nie odpowiedział. Spoglądał uważnie na mężczyznę przed sobą, przez moment ważąc odpowiedź na swoich ustach. Tak jak ciągle starał się tutaj balansować słowem i nie wypowiadać się nadmiernie skrajnie (a względem Śmierciożerców naprawdę chciał), tak i należało uważać, co do informacji publicznej się podaje.
- Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. - Bo nie był. To znaczy - miał (mieli) pewne przypuszczenia. Andrew nieznacznie przymrużył swoje oczy, przypatrując się mimice twarzy... i znów zanurkował szybko do notowania. A widząc to Laurent zdecydował się coś dodać, żeby pokierować trochę myślami dziennikarza. Ukierunkować je w bardziej dogodnym dla siebie samego kierunku. - Mamy do czynienia z nowym gatunkiem i nie wiemy jeszcze, co dokładnie je sprowadziło do Kniei. - Bagshot otworzył na moment szerzej oczy, zaciekawiony ewidentnie, nie przerywając pisania. - A teraz pan wybaczy, ale jestem umówiony. - Uśmiechnął się do mężczyzny przyjaźnie, choć był to uśmiech udawany. Ale tego nie sposób było stwierdzić.
- Dziękuję... ach, mógłby jeszcze zdjęcie? - Laurent skinął głową i pozwolił mężczyźnie na poczynienie fotografii.