29.09.2023, 16:03 ✶
– Mój instynkt samozachowawczy ma się świetnie, ale możesz być braciszkiem najukochańszym, przynajmniej przez większość czasu – zgodziła się Brenna, gdy obróciła się już z furkotem spódnicy ku bratu. Kiedy ją dogonił, wspięła się nawet na palce, żeby ucałować go w policzek, chociaż nie widzieli się zasadniczo raptem od wczoraj rana, bo ot się trochę mijali. Nie, nie była ani trochę zaskoczona, że Erik się tu pojawił, ale to, że spodziewała, że ktoś przyjdzie, nie znaczyło, że nie planowała się pojawić.
Poza tym nie chciała sytuacji, w której przypadkiem każdy uzna, że ktoś po chłopca wyjdzie, skoro robi to zawsze parę osób…
– Postanowiłam zmienić ścieżkę kariery i zostać maszynistką – zakpiła. – Jak to co? Stęskniłam się za młodym. I przyleciałam prosto z pracy, więc nikogo nie zabrałam, ale nie zdziwię się, jeśli na kogoś jeszcze wpadniemy – zrelacjonowała, już wędrując w stronę Franka.
Roześmiała się, całkiem szczerze, kiedy chłopak też ruszył ku niej i postanowił się przytulić. Sama nie pchała się z tym pierwsza, bo nie była pewna, czy w tym wieku będzie życzył sobie ciotczynych czułości, ale na całe szczęście – owszem. Brenna przechwyciła więc po prostu jedną z jego roślinek jedną ręką, a drugą przygarnęła najmłodszego Longbottoma, jedyną nadzieję ich rodu bo na brata już przestała liczyć do siebie.
– Wiem, że zabrzmię jak stara, nudna ciotka, ale do licha, jak ty wyrosłeś – powiedziała, odsuwając się nieco, by zmierzyć chłopaka spojrzeniem. Od ostatniej przerwy świątecznej jakby trochę się wyciągnął. A potem Brenna, wciąż z roślinką pod pachą, pochyliła się po prostu, żeby wolną ręką najpierw Alice złapać i postawić na nogi, a potem obdarzyć uściskiem także i ją, o ile tylko ta nie postanowiła uciec w popłochu. Raz, się nawinęła, dwa, Brenna znała ją, odkąd ta nauczyła się chodzić, była więc już na stałe wpisana na długą listę Brenny „moi”. (Ewentualnie „moje ofiary”.)
– No, no, wiem, że mój brat jest teraz bardzo sławny, odkąd został numerem dwa Czarownicy, ale nie musisz od razu padać mu do stóp. Cześć, pani zieleni, gdzie twoi rodzice? Jeżeli o tobie zapomnieli, możemy cię zabrać, tylko ostrzegam, nie wiem, czy potem oddamy – rzuciła lekko, prostując się. Spojrzenie brązowych oczu przesunęło się po morzu głów: pierwsze osoby znikały już z trzaskiem albo kierowały się w stronę wyjścia z peronu. – Hm, nie widzę ani nie słyszę żadnych wybuchów ani zamieszania ponadprzeciętnego, więc zakładam, że Jima Rozrabiakę już odebrali rodzice, co?
Poza tym nie chciała sytuacji, w której przypadkiem każdy uzna, że ktoś po chłopca wyjdzie, skoro robi to zawsze parę osób…
– Postanowiłam zmienić ścieżkę kariery i zostać maszynistką – zakpiła. – Jak to co? Stęskniłam się za młodym. I przyleciałam prosto z pracy, więc nikogo nie zabrałam, ale nie zdziwię się, jeśli na kogoś jeszcze wpadniemy – zrelacjonowała, już wędrując w stronę Franka.
Roześmiała się, całkiem szczerze, kiedy chłopak też ruszył ku niej i postanowił się przytulić. Sama nie pchała się z tym pierwsza, bo nie była pewna, czy w tym wieku będzie życzył sobie ciotczynych czułości, ale na całe szczęście – owszem. Brenna przechwyciła więc po prostu jedną z jego roślinek jedną ręką, a drugą przygarnęła najmłodszego Longbottoma, jedyną nadzieję ich rodu bo na brata już przestała liczyć do siebie.
– Wiem, że zabrzmię jak stara, nudna ciotka, ale do licha, jak ty wyrosłeś – powiedziała, odsuwając się nieco, by zmierzyć chłopaka spojrzeniem. Od ostatniej przerwy świątecznej jakby trochę się wyciągnął. A potem Brenna, wciąż z roślinką pod pachą, pochyliła się po prostu, żeby wolną ręką najpierw Alice złapać i postawić na nogi, a potem obdarzyć uściskiem także i ją, o ile tylko ta nie postanowiła uciec w popłochu. Raz, się nawinęła, dwa, Brenna znała ją, odkąd ta nauczyła się chodzić, była więc już na stałe wpisana na długą listę Brenny „moi”. (Ewentualnie „moje ofiary”.)
– No, no, wiem, że mój brat jest teraz bardzo sławny, odkąd został numerem dwa Czarownicy, ale nie musisz od razu padać mu do stóp. Cześć, pani zieleni, gdzie twoi rodzice? Jeżeli o tobie zapomnieli, możemy cię zabrać, tylko ostrzegam, nie wiem, czy potem oddamy – rzuciła lekko, prostując się. Spojrzenie brązowych oczu przesunęło się po morzu głów: pierwsze osoby znikały już z trzaskiem albo kierowały się w stronę wyjścia z peronu. – Hm, nie widzę ani nie słyszę żadnych wybuchów ani zamieszania ponadprzeciętnego, więc zakładam, że Jima Rozrabiakę już odebrali rodzice, co?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.