Wrócić na tory tego, o czym mówili, powrócić do zadawanych pytań, do tego małego podejścia, jakie robił do Philipa. Tworzył wokół tego całą otoczkę, jak pająk który powolutku przędzie swoją sieć. Musiała być w końcu idealna, by wyłapywać nawet krople porannej rosy. Potem przechodził przez nią człowiek, nieuważny, nie potrafiący docenić jej piękna, bo nawet jej nie zauważył. Klął jedynie w głos, że coś się do niego lepi, że obrzydliwe, że cholerne pająki. Tak reagowali ludzie. Odchodzący Bagshot kląć to nie klął, wydawał się wręcz całkiem zadowolony. Można było podejrzewać, że Laurent spełnił jakieś jego oczekiwania, przynajmniej on sam miał takie mniemanie o tym zajściu. Spodziewając się wywiadu przygotowałby się o wiele lepiej, miałby o wiele gładszą gadkę i nie, nie potrzebował od tego piarowca, chociaż druga głowa była zawsze przydatna z prostego powodu - druga osoba może zwrócić uwagę na rzeczy, których ty sam nie widziałeś. Człowiek był ograniczony własną wyobraźnią. Właśnie dlatego Laurent bardzo chętnie radził się innych i kiedy miał jakiś pomysł to go konsultował z osobami trzecimi. Czasami nawet takimi, które nie miały niczego wspólnego z tematem - i to też było celowe. Tak jak pytał Norę o to, co sądzi o tej zmianie praw, ewentualnej, czy ona, jako prosta cukierniczka, widziała to jako coś dobrego? Zdawał sobie przecież sprawę z tego, że jego głowa wędrowała po ideałach ludzkich i szukała utopii w świecie pełnym brudu i węgla. Wszystko to dlatego, że znał podstawę - przecież diament pod względem chemicznym był czystym węglem.
- Mnie również zaskoczyło nie mniej od ciebie. - Zapewnił go, gdyby miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego. Różniło ich głównie to, że Laurent rozumiał powodu kierujące tym mężczyznom i wiedział, że jego pytania nie były przypadkowym zbiorem randomowej garści wylosowanej z woreczka. Były całkiem konkretne i kręcące się wokół jednego tematu, pewnie sięgałyby głębiej, gdyby nie to, że panowie podziękowali mężczyźnie. - Ludzie nie chcą czytać i słuchać o prawdzie. Tak samo jak dziennikarze chcą pisać o sensacjach i podkoloryzowanej rzeczywistości. Dawanie im potencjalnej pożywki to... ale dobrze o tym wiesz. Dlatego w końcu masz osoby, które powstrzymają twój cięty i zbyt szczery niekiedy język. - Czy to był komplement, czy może przygana? Tak naprawdę ani to, ani to - stwierdzenie faktu. Kwestia tego, czy Philipowi się to spodoba, że z ust Laurenta nie będzie już płynął sam miód było jednym z wielu elementów do weryfikacji. Nie chciał przebywać przy osobie, przy której musiałby się ciągle pilnować. Nie chciał się pilnować. Nie chciał ciągle maniakalnie dobierać idealnie biżuterii do tych stroi, nie chciał przyglądać się sobie samemu w lustrze i stwierdzać, że nie wie, czemu wszyscy widzieli pięknego anioła w tej twarzy. Było bardzo wiele rzeczy, których nie chciał i nie potrzebował. Ale jak niczego innego potrzebował akceptacji i poczucia bezpieczeństwa. - Dziękuję. Kupowałem sobie czas na przemyślenie odpowiadając mu pytaniem na pytanie. Ludzie zazwyczaj tego nie zauważają, a to bardzo prosta sztuczka. Może kiedyś ci się przyda. - Uśmiechnął się ciepło w kierunku blondyna, ale to był już uśmiech szczery. Więc... co go w sumie różniło od identycznego, jaki posłał dziennikarzowi? Ano właśnie... nic. Przynajmniej na wierzchu.
Nie zwrócił uwagi na to, gdzie niosą ich kroki, dopóki nie weszli na znajomą uliczkę, gdy ta konwersacja się toczyła i nie stanęli przed znajomymi kamieniczkami. Serce zaczynało mu trochę mocniej bić, jakoś teraz, nagle, to miejsce nie kojarzyło się dobrze. Spojrzał z lekkim zaniepokojeniem na plecy Philipa, który wszedł na klatkę schodową, a potem otworzył drzwi, żeby zaprosić go do wnętrza. Sztorm myśli przesunął się przez jego głowę. Czemu tutaj? Czy to wszystko miało zatoczyć jakiś wielki krąg i jednak wrócić do początków? Ale jak ta głupia owca na rzeź zamiast pytać i wyrażać niepokój po prostu szedł za Philipem. I wszedł do środka również nie ściągając butów, znając zasady tu panujące jak świat światem. Powiódł spojrzeniem po otoczeniu, automatycznie obejmując się rękoma, jakby zrobiło się zimno.
I zaraz przeniósł wielkie oczy na Philipa. Niemal sarnie - duże, wdzięczne, pełne niewinności i spłoszenia. Różnił je chyba tylko kolor w tym krótkim momencie, nim sekundę później złapał rezon. Ale cisza z jego strony przedłużyła się na kolejne cztery. Że co? Zabrakło mu odpowiedzi - nie to, że mądrej. Jakiejkolwiek.
- Nie przepadam za słodkościami. - Nie to, że zawsze nimi gardził, oj nie, nie. Po prostu rzadko je jadał, a zresztą najlepszą jego dietą była sałata z sałatą i odrobiną sałaty. Aktualnie zresztą nie jedzenie mu było w głowie tylko próba dopasowania się do tej dziwnej i niespodziewanej sytuacji. Opuścił ręce wzdłuż ciała, nie chcą pozostać w tej pozycji - zamkniętej. Zsunął marynarkę z ramion, wziął tę od Philipa i poszedł je odwiesić na wieszaki. Tam, gdzie zawsze. Zaraz jednak wrócił do Philipa, który się zakotwiczył w... kuchni. - Co ty robisz? - Nie, niedowierzał własnym oczom. Nie rozumiał. Widział, ale do niego nie docierało. A szok zamiast maleć to tylko rósł.