29.09.2023, 23:51 ✶
Zaczynała się bać. Bać własnej siostry, tego, że ktoś tu przyjdzie i oskarży je o morderstwo czy też jego próbę (nieważne, że jej własna sukienka nie miała na sobie ani kropli krwi, która by wskazywała winowajcę – znaczyły jedno, wielkie nic, więc co za problem zrzucić na nie winę? Ale w sumie i tak bardziej bała się Anne. I o Anne).
- Anne. Chodź. Do. Mnie – powtórzyła z uporem, wchodząc w końcu za próg. Krok. Dwa. Przełknęła ślinę, zerkając na mężczyznę na krześle, rozważając przy tym wyciągnięcie stąd siostry przemocą.
Wzdrygnęła się, gdy zamigotało światło, a do tego szafa… dlaczego to się otworzyło?! Ki pieron, co to, jakieś przejście do Narnii? Tak bardzo to wszystko nie miało sensu – w zasadzie sowa w klatce z tego wszystkiego była najmniej dziwną rzeczą (skoro trzymało się papugi w klatce, to równie dobrze można było mieć i taką fantazję), co nie zmieniało faktu, że zawartość szafy zdawała się zupełnie nie pasować do tego, co można było dostrzec z zewnątrz. Nawet nie trzeba było żadnych przyrządów, żeby stwierdzić, iż rozmiar „wewnątrz” zupełnie nie przystawał do „zewnątrz”.
Słona woda, gnijące ryby i wodorosty. Skąd ten zapach? Woda – jeszcze, w końcu były na morzu. Ale zgniłe ryby? Wodorosty? To akurat coś, co nie powinno docierać tutaj. Nie powinna tego czuć. Kolejne kroki poniosły już w stronę szafy, nawet nie była pewna, dlaczego. Ezoteryczne badziewie? Może, ale jakoś to takie… czy słyszała w ogóle, żeby Marianne zapewniała tego rodzaju rozrywkę wśród pasażerów? Jakby się postarała, to z pewnością niejednego (a raczej: niejedną) naciągnęłaby na całkiem ładną sumę, w zamian za pomyślną wróżbę.
- Anne, proszę cię, rusz się – ponagliła siostrę, oglądając się na nią. No zamieniła się chyba w jakąś wariatkę, jak nic. Energia, miłość, siedzenie na łóżku w posągowym wręcz bezruchu i strach pomyśleć, co jeszcze zaraz jej do głowy strzeli! – Albo cię stąd wyciągnę – dodała zaraz, dając wybór: wychodzi z własnej woli lub zostanie wyciągnięta.
Trzeciej opcji nie przewidywała.
- Anne. Chodź. Do. Mnie – powtórzyła z uporem, wchodząc w końcu za próg. Krok. Dwa. Przełknęła ślinę, zerkając na mężczyznę na krześle, rozważając przy tym wyciągnięcie stąd siostry przemocą.
Wzdrygnęła się, gdy zamigotało światło, a do tego szafa… dlaczego to się otworzyło?! Ki pieron, co to, jakieś przejście do Narnii? Tak bardzo to wszystko nie miało sensu – w zasadzie sowa w klatce z tego wszystkiego była najmniej dziwną rzeczą (skoro trzymało się papugi w klatce, to równie dobrze można było mieć i taką fantazję), co nie zmieniało faktu, że zawartość szafy zdawała się zupełnie nie pasować do tego, co można było dostrzec z zewnątrz. Nawet nie trzeba było żadnych przyrządów, żeby stwierdzić, iż rozmiar „wewnątrz” zupełnie nie przystawał do „zewnątrz”.
Słona woda, gnijące ryby i wodorosty. Skąd ten zapach? Woda – jeszcze, w końcu były na morzu. Ale zgniłe ryby? Wodorosty? To akurat coś, co nie powinno docierać tutaj. Nie powinna tego czuć. Kolejne kroki poniosły już w stronę szafy, nawet nie była pewna, dlaczego. Ezoteryczne badziewie? Może, ale jakoś to takie… czy słyszała w ogóle, żeby Marianne zapewniała tego rodzaju rozrywkę wśród pasażerów? Jakby się postarała, to z pewnością niejednego (a raczej: niejedną) naciągnęłaby na całkiem ładną sumę, w zamian za pomyślną wróżbę.
- Anne, proszę cię, rusz się – ponagliła siostrę, oglądając się na nią. No zamieniła się chyba w jakąś wariatkę, jak nic. Energia, miłość, siedzenie na łóżku w posągowym wręcz bezruchu i strach pomyśleć, co jeszcze zaraz jej do głowy strzeli! – Albo cię stąd wyciągnę – dodała zaraz, dając wybór: wychodzi z własnej woli lub zostanie wyciągnięta.
Trzeciej opcji nie przewidywała.