30.09.2023, 00:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 11:42 przez Lorraine Malfoy.)
- Kobieta zasypie cię komplementami, i potem będzie, że była łatwa - odcięła się, choć jej ton był równie leniwie słodki, co wcześniej. Dziś było zbyt gorąco na wyszukane inwektywy.
Na słowa Sauriela, urażonego widać niedostatkiem atencji od ostatniego spotkania, przewróciła oczkami - niemal niczym jedna z zaklętych zasuszonych główek kobiet ze sklepu Borgin&Burkes, chociaż normalnie miała z nimi wspólnego tylko tyle, że i ją można było nazwać laleczką - nie mogła jednak powstrzymać cienia uśmiechu, i to jednego z tych podejrzanie szczerych!!, który przez długi jeszcze czas czaił się w kąciku jej ust, po tym jak samowolnie rozświetlił jej twarz.
Rzeczywiście, zmieniła się. Jednak Stanley i Sauriel znali jednak Lorraine z czasów, kiedy razem uczyli się w Szkole Magii i Czarodziejstwa, więc pamiętali ją, kiedy była jeszcze... kimś lepszym. Kimś więcej, chciałoby się powiedzieć, choć nie do końca była to prawda. I chociaż przez chwilę mogła poczuć się właśnie tą starą Lorraine, która w czerwcu opalała się na hogwarckich błoniach, a nie tą Lorraine, która musiała czyścić pantofle ze szlamu Nokturnu. Sytuacja życiowa Lorraine była, delikatnie rzecz ujmując, niecodzienna. Była taka, od kiedy Malfoy potrafiła sięgnąć pamięcią, jednak kiedyś największym problemem wydawały się dziecięce złośliwości... które zresztą sama prowokowała, nigdy nie ukrywając swojej jaśniepańskości i zadzierając nosa wyżej niż Morgana kieckę przed Merlinem. I chociaż czas nauki w Hogwarcie wydawał się czymś niezwykle odległym, zamek dalej jawił się w jej serduszku jako miejsce, gdzie Malfoy mogła się poczuć niemal beztroska, na co teraz nie mogła sobie pozwolić. I to tylko wspomnienie wystarczyło, żeby była dla swoich gości nawet milutka.
Oni też się zmienili, stwierdziła, patrząc na mężczyzn, którzy zdominowali skromne wnętrze narkotykowej dziupli.
- W takim razie mamy podobny modus operandi. - Stanley dobrze przyjął jej zaczepkę, więc spojrzała na niego łaskawym okiem, ale odnotowała w myślach, żeby sprawdzić, z kim współpracował na co dzień. Struktura Ministerstwa Magii przyprawiała ją o bóle głowy, z nieustanną rotacją stażystów, jawnym nepotyzmem i szeregami urzędniczego mięsa armatniego. Kojarzyła stamtąd wielu osób, ale jej uwaga skupiała się zwykle na bardziej wpływowych postaciach, bo te były przedmiotem jej zleceń lub realnymi zagrożeniami. Musiała przyznać, że Borgin wyglądał, jakby mu się powodziło... Raz w szkole spuściła mu z ceny za ognistą whiskey, bo podobnie jak reszta dziewczyn w szkole nawet lubiła jego głodne oczy, a przede wszystkim to, że nie był bananowym bachorem jak reszta ślizgońskiej braci - teraz zdecydowanie kazałaby mu zapłacić podwójnie. W końcu nosił plaszcz z gotowanej wełny!!!
Może właśnie będzie miała okazję.
- Skryty w Cieniu burdelu - prychnęła krótko, kiedy Sauriel, nonszalancko rozparty w fotelu, wtajemniczył Lorraine i Stanleya w szczegóły swojego planu... A przynajmniej takie wrażenie odniosła Lorraine, ponieważ Borgin wydawał się z równą uwagą wsłuchiwać w słowa Sauriela, co i ona. Tego, że to Rookwood jest mózgiem całej operacji mogła się także domyślić po jej wdzięcznej prostocie... Ach, jakże urocza była ta męska skłonność do przemocy!!! Lorraine aż pzypomniała sobie, że kiedy była głupiutką dzierlatką, zdarzyło jej się z podobnym rozrzewnieniem dyskretnie śledzić w odbiciu łyżeczki od herbaty jak Rookwood przeczesuje niesforne włosy nonszalancko niedbałym gestem... pewnie po to, żeby fryzura dopełniała ten nienaganny image bad boya, który dopiero wstał z łóżka!!! Nie przerywała jednak więcej Saurielowi, poza tym jednym wtrąceniem, i wysłuchała wszystkiego, co miał do powiedzenia, chciwie chłonąc każde jego słowo. Nie tylko starała się, aby nie umknął jej żaden mały detal - od razu analizowała w głowie wszystko, co do tej pory słyszała o Skrytym w Cieniu, a jej myśli pędziły szybciej niż najnowszy model miotły Woodów. Jej skupienie zdradzał także fakt, że porzuciła swój lepki od słodyczy uśmieszek, a jej oczy ani na chwilę nie opuściły twarzy Rookwooda, a potem skupiły się na Stanleyu, kiedy i ten zdecydował się dorzucić swoje trzy knuty.
To wszystko nie trzymało się kupy.
Knajpę w cieniu Kościanego Zamtuzu znała dobrze - choć oczywiście nie dlatego, że lubiła tam pić kremowe piwo. Była to paskudna speluna, acz miała atrakcyjne sąsiedztwo w postaci burdelu, i była mniej na świeczniku niż chociażby Biały Wiwern.
Podziękowała Borginowi, kiedy i jej nalał szklaneczkę. W alkohol zaopatrywał ją znajomy przemytnik, w podzięce za wydostanie jego jedynej córki z niezłych tarapatów... Ostatnimi czasy dostarczał go także okazjonalnie do Skrytego w Cieniu. Co było dosyć zastanawiające dla każdego, kto znał sytuację finansową Reida.
Lorraine znała nawet najmniejsze karaluchy w tej dzielnicy, dlatego rzecz jasna, słyszała o ostrych burdach, które opisał Sauriel - głównie od prostytutek pracujących w przybytku obok - jednak nie poświęciła im zbyt wiele uwagi.
Najbardziej zastanawiające było jednak zaangażowanie Sauriela w całą sprawę. Kiedy Czarny Kot przemykał uliczkami Nokturnu, co bardziej przesądni wykonywali obronny gest przed czarną magią. Podobno Rookwood ściągał haracz z kilku większych biznesów na Nokturnie, ale jako że Lorraine formalnie nie była właścicielką żadnego - a i nigdy nie interesowała ją natychmiastowa gratyfikacja pieniężna w zamian za obicie komuś mordy, więc zostawiała takie praktyki doświadczonym zabijakom - stwierdziła jedynie good for him i zepchnęła to tymczasowo w tył umysłu, ponieważ musiała zająć się bardziej palącymi sprawami. Aż do teraz.
Jedynym logicznym wyjaśnieniem całej tej sytuacji wydawało się więc to, że Reid zapłacił Rookwoodowi za zlikwidowanie problemu. Skąd jednak miał na to pieniądze? I dlaczego Sauriel tak angażował się w obronę jakiejś pospolitej pijawki z Podziemi, że aż poszukiwał infobrokera do współpracy?
Lorraine nie spodziewała się niczego wyczytać z czarnych jak smoła oczu Rookwooda. Ale jeżeli jej przypuszczenia były słuszne, szykowała się jakaś grubsza akcja, i zamierzała przekonać mężczyznę do bardziej... długofalowej współpracy.
Dlatego, oczywiście, postanowiła go dalej prowokować.
- Wieść niesie, że się dobrze ożeniłeś... Chciałam ci gratulować, że wreszcie poszedłeś po rozum do głowy, ale to muszą być jednak plotki, skoro ryzykujesz bójkami z byle szumowinami z podziemi o spelunę Reida. - Lorraine wymówiła nazwisko mężczyzny tak, jakby był gównem psidwaka, które przyleiło jej się do buta. Tym właśnie były dla niej te wszystkie nokturnowe śmiecie.
Same pięści mogą ich nie przekonać... W tym akurat zgadzała się ze Stanleyem, choć opierała się jedynie na przypuszczeniach, które narodziły się w jej chorej manipulanckiej główce. Ale nawet w podziemiach użycie zaklęcia niewybaczalnego niosło się echem. Zmieniła ton na powrót na słodki, zaciskając palce na szklance. - Panowie, wybaczcie, że wtrącam się w coś, co należy do waszych kompetencji... - To jest, spuszczania wpierdolu. - Po prostu nie wyobrażam sobie, że konwersacja z bandą pijanych zbirów, którzy będą opierać się każdej próbie wyciągnięcia z nich informacji byłaby produktywna. A już zwłaszcza w obecności świadków, kiedy ktoś mógłby łatwo podsłuchać, co też wam wyśpiewają i przekazać to dalej. Sama płacę za takie usługi. - uniosła rękę, jakby w lekko obronnym geście wobec swoich słów. - Nie mówię, że przemoc nie jest konieczna. Wydaje mi się jednak, że gdyby ślepa przemoc tutaj wystarczyła, nie przyszlibyście do mnie.
Na słowa Sauriela, urażonego widać niedostatkiem atencji od ostatniego spotkania, przewróciła oczkami - niemal niczym jedna z zaklętych zasuszonych główek kobiet ze sklepu Borgin&Burkes, chociaż normalnie miała z nimi wspólnego tylko tyle, że i ją można było nazwać laleczką - nie mogła jednak powstrzymać cienia uśmiechu, i to jednego z tych podejrzanie szczerych!!, który przez długi jeszcze czas czaił się w kąciku jej ust, po tym jak samowolnie rozświetlił jej twarz.
Rzeczywiście, zmieniła się. Jednak Stanley i Sauriel znali jednak Lorraine z czasów, kiedy razem uczyli się w Szkole Magii i Czarodziejstwa, więc pamiętali ją, kiedy była jeszcze... kimś lepszym. Kimś więcej, chciałoby się powiedzieć, choć nie do końca była to prawda. I chociaż przez chwilę mogła poczuć się właśnie tą starą Lorraine, która w czerwcu opalała się na hogwarckich błoniach, a nie tą Lorraine, która musiała czyścić pantofle ze szlamu Nokturnu. Sytuacja życiowa Lorraine była, delikatnie rzecz ujmując, niecodzienna. Była taka, od kiedy Malfoy potrafiła sięgnąć pamięcią, jednak kiedyś największym problemem wydawały się dziecięce złośliwości... które zresztą sama prowokowała, nigdy nie ukrywając swojej jaśniepańskości i zadzierając nosa wyżej niż Morgana kieckę przed Merlinem. I chociaż czas nauki w Hogwarcie wydawał się czymś niezwykle odległym, zamek dalej jawił się w jej serduszku jako miejsce, gdzie Malfoy mogła się poczuć niemal beztroska, na co teraz nie mogła sobie pozwolić. I to tylko wspomnienie wystarczyło, żeby była dla swoich gości nawet milutka.
Oni też się zmienili, stwierdziła, patrząc na mężczyzn, którzy zdominowali skromne wnętrze narkotykowej dziupli.
- W takim razie mamy podobny modus operandi. - Stanley dobrze przyjął jej zaczepkę, więc spojrzała na niego łaskawym okiem, ale odnotowała w myślach, żeby sprawdzić, z kim współpracował na co dzień. Struktura Ministerstwa Magii przyprawiała ją o bóle głowy, z nieustanną rotacją stażystów, jawnym nepotyzmem i szeregami urzędniczego mięsa armatniego. Kojarzyła stamtąd wielu osób, ale jej uwaga skupiała się zwykle na bardziej wpływowych postaciach, bo te były przedmiotem jej zleceń lub realnymi zagrożeniami. Musiała przyznać, że Borgin wyglądał, jakby mu się powodziło... Raz w szkole spuściła mu z ceny za ognistą whiskey, bo podobnie jak reszta dziewczyn w szkole nawet lubiła jego głodne oczy, a przede wszystkim to, że nie był bananowym bachorem jak reszta ślizgońskiej braci - teraz zdecydowanie kazałaby mu zapłacić podwójnie. W końcu nosił plaszcz z gotowanej wełny!!!
Może właśnie będzie miała okazję.
- Skryty w Cieniu burdelu - prychnęła krótko, kiedy Sauriel, nonszalancko rozparty w fotelu, wtajemniczył Lorraine i Stanleya w szczegóły swojego planu... A przynajmniej takie wrażenie odniosła Lorraine, ponieważ Borgin wydawał się z równą uwagą wsłuchiwać w słowa Sauriela, co i ona. Tego, że to Rookwood jest mózgiem całej operacji mogła się także domyślić po jej wdzięcznej prostocie... Ach, jakże urocza była ta męska skłonność do przemocy!!! Lorraine aż pzypomniała sobie, że kiedy była głupiutką dzierlatką, zdarzyło jej się z podobnym rozrzewnieniem dyskretnie śledzić w odbiciu łyżeczki od herbaty jak Rookwood przeczesuje niesforne włosy nonszalancko niedbałym gestem... pewnie po to, żeby fryzura dopełniała ten nienaganny image bad boya, który dopiero wstał z łóżka!!! Nie przerywała jednak więcej Saurielowi, poza tym jednym wtrąceniem, i wysłuchała wszystkiego, co miał do powiedzenia, chciwie chłonąc każde jego słowo. Nie tylko starała się, aby nie umknął jej żaden mały detal - od razu analizowała w głowie wszystko, co do tej pory słyszała o Skrytym w Cieniu, a jej myśli pędziły szybciej niż najnowszy model miotły Woodów. Jej skupienie zdradzał także fakt, że porzuciła swój lepki od słodyczy uśmieszek, a jej oczy ani na chwilę nie opuściły twarzy Rookwooda, a potem skupiły się na Stanleyu, kiedy i ten zdecydował się dorzucić swoje trzy knuty.
To wszystko nie trzymało się kupy.
Knajpę w cieniu Kościanego Zamtuzu znała dobrze - choć oczywiście nie dlatego, że lubiła tam pić kremowe piwo. Była to paskudna speluna, acz miała atrakcyjne sąsiedztwo w postaci burdelu, i była mniej na świeczniku niż chociażby Biały Wiwern.
Podziękowała Borginowi, kiedy i jej nalał szklaneczkę. W alkohol zaopatrywał ją znajomy przemytnik, w podzięce za wydostanie jego jedynej córki z niezłych tarapatów... Ostatnimi czasy dostarczał go także okazjonalnie do Skrytego w Cieniu. Co było dosyć zastanawiające dla każdego, kto znał sytuację finansową Reida.
Lorraine znała nawet najmniejsze karaluchy w tej dzielnicy, dlatego rzecz jasna, słyszała o ostrych burdach, które opisał Sauriel - głównie od prostytutek pracujących w przybytku obok - jednak nie poświęciła im zbyt wiele uwagi.
Najbardziej zastanawiające było jednak zaangażowanie Sauriela w całą sprawę. Kiedy Czarny Kot przemykał uliczkami Nokturnu, co bardziej przesądni wykonywali obronny gest przed czarną magią. Podobno Rookwood ściągał haracz z kilku większych biznesów na Nokturnie, ale jako że Lorraine formalnie nie była właścicielką żadnego - a i nigdy nie interesowała ją natychmiastowa gratyfikacja pieniężna w zamian za obicie komuś mordy, więc zostawiała takie praktyki doświadczonym zabijakom - stwierdziła jedynie good for him i zepchnęła to tymczasowo w tył umysłu, ponieważ musiała zająć się bardziej palącymi sprawami. Aż do teraz.
Jedynym logicznym wyjaśnieniem całej tej sytuacji wydawało się więc to, że Reid zapłacił Rookwoodowi za zlikwidowanie problemu. Skąd jednak miał na to pieniądze? I dlaczego Sauriel tak angażował się w obronę jakiejś pospolitej pijawki z Podziemi, że aż poszukiwał infobrokera do współpracy?
Lorraine nie spodziewała się niczego wyczytać z czarnych jak smoła oczu Rookwooda. Ale jeżeli jej przypuszczenia były słuszne, szykowała się jakaś grubsza akcja, i zamierzała przekonać mężczyznę do bardziej... długofalowej współpracy.
Dlatego, oczywiście, postanowiła go dalej prowokować.
- Wieść niesie, że się dobrze ożeniłeś... Chciałam ci gratulować, że wreszcie poszedłeś po rozum do głowy, ale to muszą być jednak plotki, skoro ryzykujesz bójkami z byle szumowinami z podziemi o spelunę Reida. - Lorraine wymówiła nazwisko mężczyzny tak, jakby był gównem psidwaka, które przyleiło jej się do buta. Tym właśnie były dla niej te wszystkie nokturnowe śmiecie.
Same pięści mogą ich nie przekonać... W tym akurat zgadzała się ze Stanleyem, choć opierała się jedynie na przypuszczeniach, które narodziły się w jej chorej manipulanckiej główce. Ale nawet w podziemiach użycie zaklęcia niewybaczalnego niosło się echem. Zmieniła ton na powrót na słodki, zaciskając palce na szklance. - Panowie, wybaczcie, że wtrącam się w coś, co należy do waszych kompetencji... - To jest, spuszczania wpierdolu. - Po prostu nie wyobrażam sobie, że konwersacja z bandą pijanych zbirów, którzy będą opierać się każdej próbie wyciągnięcia z nich informacji byłaby produktywna. A już zwłaszcza w obecności świadków, kiedy ktoś mógłby łatwo podsłuchać, co też wam wyśpiewają i przekazać to dalej. Sama płacę za takie usługi. - uniosła rękę, jakby w lekko obronnym geście wobec swoich słów. - Nie mówię, że przemoc nie jest konieczna. Wydaje mi się jednak, że gdyby ślepa przemoc tutaj wystarczyła, nie przyszlibyście do mnie.