Biedny, biedny Armand. Osoba, która zdecydowanie nie była odpowiedzialna (to znaczy - już była, ale nie powinna być) za to, żeby przeprowadzić pełną sekcję zwłok została postawiona przed trupem. I to trupem mordercy, chociaż to nie przeszkadzało mu ewidentnie tak samo, jak fakt, że jego szef (jak też go nazywał) mógł być zwyczajnym zboczeńcem, który przyszedł tutaj licząc na to, że czasami dostanie ładne ciałka do obejrzenia. Czy to wszystko było prawdą, wielkim żartem, czy może wręcz zmieniało się w kpinę - racja, kto by wiedział, co krążyło po łbie tego chłopaka? Ledwo co ukończył Hogwart, przyszedł na staż i... zachowywał się zdecydowanie poniżej ustalonych tutaj norm, gdzie większość osób pracujących w kostnicy była przynajmniej poważna. Albo przynajmniej bardziej trzeźwa od samego Armanda, którego osoba zdawała się wręcz żyć w stanie umysłu o takim samym imieniu, jak i on miał na imię. Jedno było pewne - niewielu chciałoby do tego mózgu zaglądać, jeśli chciało zachować przytomność i zdrowie swojego.
- Ale mogliby być. - Armand sam aż zamyślił się nad losem tych trupów. Czy dałoby się je postawić na nogi? Zapewnić lepszy byt, choć dawno pożegnali się z życiem? Tajemnice, tajemnice... Tak na dobrą sprawę nie było niczego nieszczerego w kierunku złych intencji w jego zachowaniu czy słowach. Tak jak nie zamierzał tutaj sięgać po nekromancję i myśleć o prawdziwym wskrzeszaniu czegokolwiek czy kogokolwiek. Miał ten dar (lub klątwę), że jego wyobraźnia po prostu za mocno pracowała. Pokręcił lekko głową sam do siebie i poprawił się, odkładając sobie na bok kartę, którą miał wypełnić. Że niby sam. Jak ten palec albo coś tam. Przewrócił też samego zmarłego na odpowiednią stronę, żeby leżał... no jakkolwiek godniej niż po tej krótkiej, ale intensywnej szarpaninie, po której prawie się spocił. - T-tak jest, Szeffie. - Zająknął się aż, bo zdecydowanie to było niegodne. Nie, tak naprawdę to nie dlatego. Dlatego, że przez moment się wystraszył jakiejś większej zjebki i było mu po prostu głupio. Bo trupom to i tak było przecież wszystko obojętne, nie? Na szczęście żadnych dalszych komend nie było, a zestresowany praktykant (czy tam stażysta) musiał przejść do... do dzieła. Otrzepał swoje dłonie, czując, jak się pocą, przetarł je w fartuch i... tak podszedł z jednej strony. Podszedł z drugiej. A troszkę od boczku... a z drugiej... a to jednak od przodu... zerknął na Augustusa i w końcu podszedł trochę bardziej śmiało. - Tak, tak, tak, tak, już... wszystko zrobię. - Zatarł rąsie, ubrał rękawiczki i wyciągnął różdżkę, żeby najpierw dokładnie oczyścić to ciało z ewentualnych śladów, jakie mógł zostawić po sobie.
Praca panów się zaczęła, a po jakichś dziesięciu minutach rozległo się pukanie do drzwi.
- Długo ci to zajmie, Augustusie? - Zapytała starsza kobieta, otyła, w eleganckim gajerku. Osoba odpowiedzialna za administrajcę w tym miejscu. - Już ci aurorzy zasmarkani mnie nachodzą, kawa mi stygnie. - Odezwała się z irytacją. Zerknęła przy tym na Armanda, który jak przyłapany na gorącym uczynku schował ręce za siebie i uśmiechnął się szeroooko. - Ooch, spławię ich na razie... - Przewróciła oczami po odpowiedzi Augustusa, gotowa opuścić pomieszczenie.