Jak przykładny brat, pozwolił się pocałować w policzek i nawet schylił się nieco, co by ułatwić Brennie te jakże trudne zadanie. Starał się przy tym zachować kamienną twarz, jednak chwilę później nie mógł się już powstrzymać.
— ”Świetnie”? — sarknął, zasłaniając usta dłonią, co by nie wybuchnąć gromkim śmiechem. — Dobry żart. W pracy już go słyszeli, czy dopiero go testujesz na rodzinie?
Mój instynkt samozachowawczy ma się świetnie, przedrzeźniał ją w myślach Erik. Gdyby nie to, że mieli teraz dużo bardziej istotne zadanie do wykonania, to chętnie wymieniłby jej całą listę przykładów, która przeczyła jej słowom. Ale może lepiej było w ogóle odmówić sobie tej przyjemności. Mavelle, Alastor lub Atreus na pewno bardzo chętnie wyprowadzą ją z błędu. O albo Patrick. Tak, z jego ust będzie to brzmiało dużo bardziej... rzetelnie.
— Że co. — Wybałuszył oczy, zdumiony tym, że Elise pozwoliłaby jej na tak drastyczne przebranżowienie się. Bądź co bądź, prestiż pracy w Ministerstwie Magii a jeżdżenia magiczną ciuchcią dzieliła dosyć spora przepaść. — Matka ci pozwoliła? Przecież to jest... — zawiesił na moment głos, a siostra wykorzystała tę chwilę, co by ukrócić jego nadchodzący monolog. — Haha, bardzo zabawne. A już sobie wyobrażałem, że będziesz przerzucała węgiel do pieca.
Przewrócił wymownie oczami, jednak bez większego wahania podążył za Brenną. Widok młodego Longbottoma go cieszył; wprawdzie Erik ufał, że z Albusem u władzy, Hogwart był bezpiecznym miejscem, tak dom pełny członków rodziny zawsze przywodził mu na myśl dawne, lepsze czasy. Mniej więcej z okresu, gdy razem z Brenną potrafili całe popołudnia ćwiczyć fechtunek w salonie, ku palpitacjom serca domowej skrzatki gotowej w każdej chwili wziąć się do sprzątania... pobojowiska.
— Albo ty zmalałaś — wtrącił, nie mogąc się powstrzymać przed tym drobnym przytykiem w stosunku do młodszej siostry. Po chwili zwrócił się do Franka, którego obdarzył szerokim uśmiechem. — Ale w tym przypadku faktycznie wyrosłeś. Co to jeden semestr w szkole potrafi zrobić z człowiekiem.
Zamrugał zaskoczony, gdy pod nogami wylądował mu nikt inny, jak panna Greengrass. Przekrzywił lekko głowę w bok i pochylił, co by upewnić się, że to faktycznie jedna ze stałych bywalczyń rodzinnej Warowni.
— Ma rację, wiesz? — rzucił do Alice. — Jeszcze ktoś pomyśli, że to jakaś nowa moda i wysmarują nowy artykuł. Z sesją zdjęciową. — Skrzywił się na samą myśl, jednak prędko odrzucił te nieprzyjemne przemyślenia na bok. Uśmiechnął się, widząc Franka i Alice obok siebie. — Ale mniejsza o to. Tęskniliśmy za waszą dwójką! Reszta domowników też. Chociaż ich jest teraz... hmm... więcej.
Zerknął kontrolnie na Brennę. Nie był pewny, czy Augusta przekazywała synowi coraz to nowe wiadomości z posiadłości. Nawet nie chodziło o liczbę ludzi, ale zwierząt. Na Merlina, psy dostaną absolutnego kręćka, kiedy pojawią się nowe osoby. To będzie bardzo ciekawy dzień.
— Pozwolisz? — rzucił, co by przejąć psotną ropuchę i odciążyć młodych. — Nie martw się, ty też wyrosłaś. Na swój... ropuszy sposób. — Uniósł zwierzę na wysokość twarzy, uśmiechając się krzywo.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞